„Polityka nasza dąży niezłomnie do utorowania ludowi drogi do władzy, bo lud jest w narodzie olbrzymią większością 

i reprezentuje pracę i potęgę idealną. Kto trzyma z ludem, ten stanie obok nas do pracy, do walki, do budowania Polski! ..." 

                                                                                                                        Z przemówienia Ignacego Daszyńskiego wygłoszonego w Lublinie w dn.10.11.1918 r. 
                               STOWARZYSZENIE imienia IGNACEGO DASZYŃSKIEGO
 
Zobacz inne eseje A.Próchnika: <<< [ 1 ] [ 2 ] [ 3 ] [ 4 ] [ 5 ] [ 6 ]  >>>

Adam Próchnik
ZA CZTERDZIEŚCI SREBRNIKÓW

Z książki Adama Próchnika: "Idee i ludzie - z dziejów ruchu rewolucyjnego w Polsce"
     Człowiek w wyszarzałej robotniczej blulzie stał przed biurkiem i miął w ręku czapkę. Na twarzy jego widniało wyraźne zakłopotanie. Siedzący za biurkiem ksiądz, redaktor jezuicko-klerykalnego czasopisma „Grzmot“, wychodzącego w Krakowie, świdrował go oczyma. Starał się z niego wyciągnąć jakieś informacje. Robotnik z trudnością orientował się, o co księdzu chodzi.
 — Więc gdzie odbyło się to zebranie, na którym byliście?
 — W stowarzyszeniu robotników krawieckich.
 — Uważaliście dokładnie, co mówił ten Daszyński, jak wam przykazałem?
 —Tak, proszę księdza przewielebnego.
 — No i co powiedział?
 — Straszne rzeczy wygadywał.
 — Ale co?
 — Napadał na szlachtę, na policję, na rząd, nawet na księży.
 — Na księży? A co mówił o księżach?
 — Wstyd powtórzyć. Że zdzierają ostatni grosz z biednego ludu, że trzymają z panami, że nie powinni mieszać się do polityki, tylko modlić się w kościele.
   W oczach księdza zamigotały jakieś dziwne błyski. Pytał dalej.
 — A mówił co o religii? Czy nie napadał na wiarę katolicką?
 — No, właśnie, wygadywał na duchowieństwo.
 — Ale czy nie powiedział czego o samej religii? Czy nie napadał na Pana Jezusa, na Matkę Boską?
 — Nie. O tym nic nie mówił.
   Ksiądz nalegał gniewnie.
 — Ależ przypomnijcie sobie. Czy nie powiedział, że to, co kościół naucza o Matce Boskiej — to oszukiwanie narodu?
 — Nie słyszałem.
 — Starajcie się sobie przypomnieć. Napewno coś o tym mówił.
 — Jak wielebny ksiądz tak mówi, to widocznie i powiedział.
 — No widzicie. Więc słyszeliście, jak mówił bezbożne rzeczy o Matce Boskiej.
   Robotnik patrzył z niepewną i zakłopotaną miną na księdza.
 — Może i słyszałem.
   Ksiądz spojrzał na niego z zadowoleniem i życzliwością.
 — Wiem, że jesteście uczciwym, ale biednym człowiekiem. Rodzina wasza znajduje się podobno w ciężkim położeniu. Mam tu pewne fundusze, złożone przez miłosierne osoby. Zamierzałem właśnie przyjść wam z pomocą.
   Ksiądz otworzył szufladę biurka. Poszperał w niej, położył na biurku kilka banknotów austriackich.
 — Sądzę, że tych czterdzieści guldenów przyniesie wam pewną ulgę.
   Robotnik nachylił się w pocałunku nad ręką księdza. Ten zaś po chwili mówił dalej:
 — Jestem wam serdecznie wdzięczny za to, że donieśliście mi tak dokładnie o tych bluźnierstwach, które wygaduje ów Daszyński. Byłoby największym nieszczęściem dla kościoła i całego narodu, gdyby ten człowiek został wybrany posłem do parlamentu. Tam dopiero mógłby wiele szkody narobić.
   Robotnik potakiwał głową i ściskał w ręku otrzymane banknoty. Ksiądz ciągnął dalej swe wywody.
 — Ale ludzie uczciwi, pobożni i dobrze myślący muszą temu przeciwdziałać. To, co usłyszeliście z jego ust na zebraniu, będzie nam bardzo pomocne w obronie przed tym nieszczęściem.
   Robotnik spojrzał zdziwiony na księdza.
 — Nie rozumiem, proszę księdza. Tam u krawców wszyscy go gorąco oklaskiwali, wznosili na jego cześć okrzyki. Zapewniali, że będą wszyscy na niego głosować i wszędzie za nim agitować.
   Ksiądz żachnął się gniewnie.
 — Ciemni ludzie. Nie wiedzą, że cała robota jest prowadzona za żydowskie pieniądze. Ale musimy im oczy otworzyć. I wy musicie nam w tym pomóc.
 — Cóż ja mogę, proszę księdza?
 — Możecie bardzo wiele. Pójdziecie za mną na policję i tam powtórzycie panu komisarzowi wszystko, co usłyszeliście z przemówienia Daszyńskiego, o jego bluźnierstwach, rzucanych na Pannę Przenajświętszą.
   Robotnik spojrzał na księdza z przerażeniem. Ksiądz popatrzył na niego surowo.
 — Przecież słyszeliście, jak to mówił? Wyraźnie przecież stwierdziliście to. Słyszeliście czy nie?
   Robotnik rzucił bezradnie okiem na banknoty, które trzymał w dłoni. Mruknął niepewnie:
 — Chyba, że i słyszałem, proszę księdza.
 -— A widzicie. Jak to zeznacie, będą musieli ptaszka pociągnąć do odpowiedzialności za bluźnierstwo. Chłopi i robotnicy są to przecież ludzie religijni, wierzący, cześć dla Matki Boskiej żywią głęboką. Gdy więc wieść gruchnie, że ten Daszyński, który ich obałamucił, jest bluźniercą i przed sądem za to stanie, odrazu większość narodu od niego odstąpi. Będziecie może musieli złożyć przysięgę.
   W oczach robotnika ujrzał ksiądz błysk strachu. Pośpieszył go uspokoić.
 — Złożyć przysięgę dla dobrej sprawy w obronie kościoła, to żaden grzech.
   Robotnik słuchał dalej zrezygnowany. Ksiądz wyłuszczał mu szczegółowo, jak sprawa ta, dobrze wyzyskana przez prasę, obniży szanse wyborcze młodego trybuna socjalistycznego. Prócz żydów i niedowiarków nikt nie odda mu głosu. Nagle w umyśle robotnika powstała nowa obawa.
 — A co będzie, proszę księdza, jak ten Daszyński postawi swoich świadków którzy będą przysięgać, że on tego o Matce Boskiej nie powiedział? 
   Ksiądz uśmiechnął się. Wstał od biurka, przystąpił do robotnika i poklepawszy go po ramieniu, powiedział:
 — To już drobnostka. Jeżeli nawet sąd go po tym uwolni, będzie to już po wyborach, a wiadomość, że wytoczono mu proces za bluźnierstwo, zrobi już swoje.

***

   W kilka dni po tym Ignacy Daszyński zjawił się w biurze dyrektora policji w Krakowie. Oświadczył mu stanowczo:
 — Wiem, że złożono na mnie fałszywe oskarżenie o bluźnierstwo.
   Dyrektor spojrzał nań zdziwiony.
 — Skąd pan wie o tym?
 — Wiadomo mi, że pewien robotnik został przekupiony czterdziestu guldenami za złożenie takich zeznań. Za te pieniądze poszedł się upić i wygadał się w knajpie. Ostrzegam Pana przed uczynieniem użytku z takich zeznań. Skandal, który z tego wyniknie, nie mnie przyniesie szkodę.
   Dyrektor spuścił zakłopotany głowę. Z doniesienia o bluźnierstwie Daszyńskiego nie skorzystał.

***

   A działo się to zimą r. 1897, gdy Daszyński kandydował w pierwszych wyborach z powszechnej kurii z ziemi krakowskiej.
Zobacz inne eseje A.Próchnika: <<< [ 1 ] [ 2 ] [ 3 ] [ 4 ] [ 5 ] [ 6 ]  >>>
Kreator stron - łatwe tworzenie stron WWW