„Polityka nasza dąży niezłomnie do utorowania ludowi drogi do władzy, bo lud jest w narodzie olbrzymią większością 

i reprezentuje pracę i potęgę idealną. Kto trzyma z ludem, ten stanie obok nas do pracy, do walki, do budowania Polski! ..." 

                                                                                                                        Z przemówienia Ignacego Daszyńskiego wygłoszonego w Lublinie w dn.10.11.1918 r. 
                               STOWARZYSZENIE imienia IGNACEGO DASZYŃSKIEGO
 
[ 1 ]  [ 2 ]  [ 3 ]  [ 4 ]  [ 5 ]  [ 6 ] [ 7 ] [ 8 ] [ 9 ] [ 10 ]  >>>

Widmo krąży nad kapitalizmem

Edwin Bendyk

Widmo krąży nad kapitalizmem


Kapitalizm kończy się, obwieścił Jeremy Rifkin, amerykański ekonomista i wizjoner. Nie jest pierwszym prorokiem śmierci systemu, który już o ponad sto lat przeżył swoich pierwszych grabarzy. Tym razem ma być inaczej.

Książka proroctwo Rifkina ukazała się w ciekawym momencie – w Stanach Zjednoczonych święci właśnie triumfy dzieło Francuza Thomasa Piketty’ego „Capital in the Twenty-First Century” (Kapitał w XXI wieku). Francuski ekonomista został okrzyknięty współczesnym Marksem, bo podjął się podobnego zadania jak filozof z Trewiru – wyjaśnienia, czym jest w istocie kapitał. Piketty miał jednak lepszy punkt startu, bo mógł posłużyć się statystykami ekonomicznymi, jakie skrzętnie zebrał i przebadał ze swymi współpracownikami, porównując epoki i społeczeństwa.

Z tej żmudnej ilościowej analizy wyłonił mu się ciekawy i dość ponury zarazem obraz. Kapitał i jego właściciele jeszcze nigdy nie mieli się tak dobrze. Bo wbrew różnym optymistycznym koncepcjom, że wzrost gospodarczy w warunkach wolnorynkowej gospodarki podnosi wszystkie łódki, czyli zapewnia wszystkim możliwość poprawy sytuacji ekonomicznej, w rzeczywistości zazwyczaj bywa inaczej. To znaczy kapitał ze swojej natury, którą rządzą dość proste opisane przez Piketty’ego prawa, dąży do pomnażania samego siebie.

Ekonomią rządzi, ujmując rzecz metaforycznie, reguła św. Mateusza - bogatym będzie dodane, czyli kapitaliści będą jeszcze grubsi i będą pozwalali sobie na coraz dłuższe cygara. Wiedział o tym Balzac i inni pisarze opisujący ekscesy świata rodzącego się w XIX w. kapitalizmu przemysłowego. W świecie tym renta, czyli dochód z kapitału, zawsze przynosiła więcej niż najlepsza nawet praca najemna. Dlatego drogę do rzeczywistego awansu ekonomicznego i społecznego zapewniał spadek lub dobre wżenienie się umożliwiające budowę kariery na fundamencie przyzwoitego posagu.

Jak pokazuje Piketty, w XXI w. rola kapitału dziedziczonego w wytwarzaniu dochodu wzrosła do bezprecedensowego w historii poziomu. Im wolniej rozwija się gospodarka, tym większe znaczenie kapitału, a mniejsze osobistych zasług. We Francji, zgodnie z najnowszymi dostępnymi danymi pochodzącymi z lat 2010-11, najbogatsze 10 proc. społeczeństwa dysponuje 62 proc. narodowego majątku, najbiedniejsza połowa zaledwie 4 proc. W Stanach Zjednoczonych najbogatsze 10 proc. ma 72 proc. tortu, najbiedniejsza połówka zaledwie 2 proc. Co ciekawe, to jednak w Europie podczas ostatniego kryzysu nastąpiła koncentracja kapitału - zgromadzony przez Europejczyków majątek sześciokrotnie przekracza wytwarzany roczny dochód narodowych gospodarek.

Do takiej dysproporcji prowadzi, mogłoby się wydawać, że paradoksalnie, stagnacja gospodarcza - Piketty dowodzi jednak, że im wolniej rozwija się gospodarka, tym bardziej rośnie znaczenie renty kapitałowej. Teoretycznie więc bardziej egalitarne społeczeństwa europejskie, jeśli mierzyć rozpiętością dochodów z pracy, stają się coraz bardziej rozwarstwione, jeśli chodzi o zasoby zgromadzonego kapitału. Owszem, bywały w historii okresy, kiedy różnice ekonomiczne malały - tak działo się po drugiej wojnie światowej, to jednak nie rynek wyrównywał, lecz aktywna polityka państw angażujących się w redystrybucję. Od końca łat 70. ta polityka straciła swą legitymację, rozpoczęła się wielka rynkowa deregulacja gospodarek i społeczeństw. W jej efekcie nastąpił gwałtowny wzrost nierówności.

Wbrew doktrynie społeczeństwa opartego na wiedzy, która podkreśla znaczenie kapitału intelektualnego w nowoczesnej poprzemysłowej gospodarce, pozycja „klasycznego” kapitału, mierzonego majątkiem zgromadzonym w nieruchomościach, środkach produkcji i aktywach finansowych, jest ciągle dominująca. Nic więc dziwnego, że rosyjscy i ukraińscy oligarchowie, chcąc wzmocnić swój status młodych kapitalistów, w pierwszej kolejności wykupują najlepsze działki w Londynie, a potem dopiero inwestują w oparte na wiedzy firmy zaawansowanych technologii.

Kapitał ma się więc dobrze, jak nigdy dotąd, dowodzi na ponad 600 stronach swej książki Thomas Piketty. W efekcie społeczeństwa kapitalistyczne pod względem gospodarczym stają się coraz bardziej feudalne pod względem struktury społecznej. W Stanach Zjednoczonych słynny American Dream rzeczywiście jest już tylko snem wyrażanym w sentymentalnych opowieściach o karierach od pucybuta do milionera. O wiele ważniejsze znaczenie dla kariery i przyszłego statusu społeczno-ekonomicznego ma dziś urodzenie niż osobiste zasługi. Powoli do feudalizmu wraca Europa.

Sytuacja, w której kapitał i jego właściciele mają się coraz lepiej, nie oznacza jednak, że dobrze ma się sam kapitalizm. Już Karol Marks wskazywał, że naturalna niejako i potwierdzona przez Piketty’ego logika kapitału, polegająca na jego skłonności do nieograniczonej akumulacji, wiedzie do sprzeczności, jakie w końcu doprowadzić muszą do upadku. Prognoza Marksa jednak się nie spełniła, mimo że w jej realizacji aktywnie pomagał Włodzimierz Lenin, fundując system społeczno-gospodarczy oparty na regułach komunizmu.

Cóż, Lenin paradoksalnie pomógł kapitalizmowi, bo straszak w postaci Związku Sowieckiego był doskonałym argumentem wzmacniającym socjaldemokratyczną politykę redystrybucji na Zachodzie. Polityka ta miała silnego orędownika wewnątrz systemu kapitalistycznego w postaci zorganizowanej klasy robotniczej, tworzącej jeszcze po drugiej wojnie światowej najważniejsze ogniwo łańcucha produkcji, z którym musieli liczyć się kapitaliści. W końcu też, jak zauważa Randall Collins w książce „Does Capitalism Have a Future?” (Czy kapitalizm ma przyszłość?), opisywane przez Marksa sprzeczności rozładowało pojawienie się klasy średniej - ludzi budujących swój status społeczny na wyspecjalizowanej pracy i oszczędnościach.

To właśnie klasa średnia amortyzowała przez długi czas efekty rozkładu klasy robotniczej, coraz mniej potrzebnej na skutek automatyzacji produkcji. Problem w tym, że dziś automatyzacja w efekcie rewolucji informatycznej dotyka również samą klasę średnią krajów rozwiniętych. Komputery przejmują już nie tylko pracę robotników, lecz konkurują z prawnikami, lekarzami, dziennikarzami, nauczycielami, brokerami giełdowymi. Długo jeszcze nie zastąpią ich w pełni, już jednak w krajach najbardziej rozwiniętych, jak Stany Zjednoczone, widać skutki - klasa średnia wyparowuje, kapitał przejmuje góra drabiny społecznej, już nawet nie 10, lecz 1 proc., reszta ulega pauperyzacji. Dlaczego? Bo taka jest logika kapitału, wyjaśnia przekonująco Piketty.

Sam jednak przyznaje, że ta logika działa szczególnie aktywnie w krajach pogrążonych w stagnacji. Co w takim razie z tygrysami wzrostu gospodarczego, jak choćby Chiny? Mieszkańcy krajów rozwijających się żyli dotychczas obietnicą konwergencji czy zapewnieniem, że jeżeli będą robić to samo, co robili wcześniej przedstawiciele krajów rozwiniętych, czyli modernizować gospodarkę, uczyć się i poprawiać instytucje oraz otwierać swe rynki w ramach globalizacji, to zbliżą się pod względem zamożności do najbogatszych. Teoretycznie wszystko gra, na tym pogodnym obrazie widnieje jednak poważna skaza. Amerykański ekonomista Dani Rodrik nazywa ją przedwczesną dezindustrializacją.

Receptą na szybki wzrost Korei Południowej i Brazylii, a potem Chin i jeszcze później Indii była rozbudowa przemysłu, który, konkurując w warunkach globalizacji, przejmował zlecenia od globalnego kapitału. Industrializacja była pierwszym etapem skoku do nowoczesności, pociągając za sobą rozwój całego kraju. Tyle tylko, wykazuje Rodrik w swych badaniach, że im kto później wejdzie do modernizacyjnego wyścigu, tym słabszy efekt industrializacyjny osiągnie. Niemcy w okresie największego rozkwitu swojego przemysłu na początku lat 70. XX w. zatrudniały w nim 35 proc. aktywnych zawodowo. Korea Południowa osiągnęła peak industrialization, czyli industrialne nasycenie na poziomie niespełna 30 proc. zatrudnionych w przemyśle. Chiny nasyciły się już pod koniec lat 90. na poziomie ok. 18 proc., Indie także już osiągnęły nasycenie na poziomie zaledwie 13 proc. zatrudnionych w przemyśle.

Globalizacja wystawia przemysł na globalną konkurencję, co powoduje, że kapitaliści zarówno w Niemczech, jak i w Indiach dążą nieustannie do wzrostu produktywności fabryk. Ten wyścig prowadzi do tzw. realnej konwergencji, czyli wyrównywania się kosztów wytwarzania i automatyzacji również w Chinach czy Indiach i coraz mniejszego popytu na pracę manualną robotników. Co w tym złego? Reszta znajdzie przecież zatrudnienie w usługach, tak jak dzieje się to na już zdezindustrializowanym Zachodzie.

Problem w tym, że usługi są mniej podatne na globalną konkurencję - większość z nich powstaje, by obsłużyć potrzeby lokalnego rynku, bez presji ze strony pracowników w innych krajach. W rezultacie mniejszej presji produktywność rośnie wolniej, wolniej więc rośnie i zamożność oraz akumuluje się kapitał. Na dodatek większość usług o najwyższej wartości, takich jak badania i rozwój, wzornictwo przemysłowe, marketing, powstało przy przemyśle – to wytwarzanie nowych produktów generuje blisko 80 proc. popytu na pracę sektora badawczo-rozwojowego.

Bez rozwiniętego przemysłu nie sposób więc skoczyć do gospodarki opartej na wiedzy i zaawansowanych technologiach. W warunkach globalizacji spóźnieni przybysze nie mają jednak szansy na rozwój przemysłu do stopnia umożliwiającego rozwój nowoczesnego sektora usług. Żegnaj więc konwergencjo.
Thomas Piketty dodatkowo wzmacnia tezę o przedwczesnej dezindustrializacji, pokazując na podstawie swych statystycznych analiz, że również wolny obieg kapitału nie sprzyja aż tak bardzo gospodarczej modernizacji. Trwały sukces odniosły jego zdaniem te kraje, które w większości finansowały swój rozwój z własnych oszczędności. Doskonałym przykładem Korea Południowa.

Dani Rodrik z kolei zwraca uwagę na jeszcze jeden, polityczny skutek przedwczesnej dezindustrializacji - rozwój przemysłu był nie tylko podstawą rozwoju gospodarczego, lecz także modernizacji struktury społecznej. Jej lokomotywą była zorganizowana klasa robotnicza zdolna negocjować z kapitałem. Było to jednak możliwe, gdy w fabrykach pracowało 30 proc. zatrudnionych. Gdy ten udział jest mniejszy, nowy kapitał w Indiach, Brazylii, Bangladeszu nie napotyka takiego oporu, z jakim musiał się mierzyć od końca XIX w. w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii. Nie ma więc presji, by za pomocą instrumentów politycznych zmniejszać nierówności rosnące na skutek działania logiki kapitału.

Argumenty Piketty’ego, Rodrika i Collinsa nie dowodzą, że kapitalizm musi upaść - pokazują jedynie, że system ten ewoluuje w dość nieprzyjemnym dla zdecydowanej większości ludzi kierunku. Ponieważ jednak ta większość nie jest zorganizowana tak, jak robotnicy w XIX i XX w., więc nie ma też na horyzoncie widma antykapitalistycznej rewolucji. Przecież Ukraińcy czy Tunezyjczycy nie wszczynali rewolucji przeciwko kapitalizmowi w ogóle, tylko przeciwko jego lokalnej, skorumpowanej wersji, licząc, że potem będzie lepiej.

Antykapitalistyczna rewolucja jednak już trwa, przekonuje Jeremy Rifkin w książce „Zero Marginal Cost Society” (Społeczeństwo zerowych kosztów krańcowych). Ta rewolucja toczy się na razie z dala od klasycznej polityki i dotyczy świata technologii oraz wymiaru antropologicznego. Rewolucja technologiczna rzeczywiście prowadzi, tak jak m.in. opisuje Randall Collins oraz rzesze innych analityków, do automatyzacji i zastępowania ludzi, również w usługach przez maszyny i komputery. To jednak jedynie symptom znacznie ciekawszego i szerszego zjawiska - rozwój infrastruktury teleinformatycznej oraz związany z nim rozwój nowych form komunikacji i logistyki powoduje, że jednostkowe koszty wytwarzania dóbr i usług maleją do zera.

Każdy może dziś napisać książkę i bez pośrednictwa wydawców, księgarzy oraz instytucjonalnych mediów wprowadzić ją do obiegu, licząc przy odrobinie szczęścia na recepcję ze strony podobnych twórców, którzy podzielą się krytyką na łamach blogów, Facebooka etc. Na podobnej zasadzie powstaje Wikipedia, rozwijają się usługi hotelowe (czy raczej usługi polegające na dzieleniu się miejscami noclegowymi), transportowe (dzielenie się samochodami). Pisaliśmy o nich wielokrotnie, to jednak dopiero początek - nadchodzi rewolucja związana z Internetem Rzeczy, drukiem trójwymiarowym, umożliwiającym nawet dru-kowanie domów, i rozproszoną przydomową energetyką.

Na rewolucję technologiczną umożliwiającą wytwarzanie dóbr i usług coraz mniejszym kosztem nakłada się rewolucja antropologiczna - umiera Homo economicus, władzę przejmuje Homo empathicus. Wizja gospodarki opartej na egoizmie jako mechanizmie napędzającym rozwój i akumulację kapitału ustępuje przed społeczeństwem złożonym z ludzi, którzy odkrywają swą prawdziwą naturę - to znaczy naturalną, zapisaną w genach zdolność do współpracy i dzielenia się.

Wobec tych sił dotychczasowy kapitalizm jest bezradny - gdy koszty wytwarzania maleją do zera, do zera maleją też zyski i kończy się możliwość akumulacji. Bez niej system musi umrzeć.

Zastąpi go świat collaborative commons, czyli cyfrowy komunizm, w którym, korzystając ze wspólnej infrastruktury, dzielić się będziemy wiedzą i pracą, rozwiązując po drodze palące problemy świata (np. globalne ocieplenie), które grożą nie tylko śmiercią kapitalizmu, lecz i zagładą ludzkości. Rifkin nie wyjaśnia co prawda, jak przejść ze świata Piketty’ego do jego świata, czyli jak uspołecznić kapitał i infrastrukturę, bo bez mobilizacji politycznej wydaje się to niemożliwe.

Oczywiście można kpić z Rifkina, że próbuje ożywić słynną maksymę Lenina mówiącego: socjalizm to władza rad plus elektryfikacja. Kpiny jednak nie zastąpią rozwiązania kluczowego problemu, jaki dostrzega coraz więcej ekonomistów i badaczy społecznych – kapitalizm, jaki istniał do 2008 r., skończył się wraz z wybuchem kryzysu. Agonia może trwać jeszcze długo, nawet dziesiątki lat.

Czy zastąpi go nowy, lepszy kapitalizm, czy wrócimy do feudalizmu, czy też wybuchnie cyfrowy socjalizm, nie wiadomo. Nie wiadomo także, jak bardzo realistyczna jest utopia Rifkina. Wiadomo jednak, choćby z badań Piketty’ego, że kryzys kapitalizmu nie rozwiąże się sam za sprawą sił kapitału i wolnego rynku. Rozwiązanie musimy wypracować, mobilizując wszystkie zasoby twórczej wyobraźni. Wizje ludzi takich jak Jeremy Rifkin to dobre, nawet jeśli nieco szalone, źródło inspiracji.
[ 1 ]  [ 2 ]  [ 3 ]  [ 4 ]  [ 5 ]  [ 6 ] [ 7 ] [ 8 ] [ 9 ] [ 10 ]  >>>
Dotychczasowy kapitalizm jest bezradny. Zdaniem Rifkina zastąpi go świat collaborative commons, czyli cyfrowy komunizm, w którym, korzystając ze wspólnej infrastruktury, dzielić się będziemy wiedzą i pracą.

Dimitar Dilkoff/Nikolay Doychinov/AFP/EAST NEWS Pomalowany przez nieznanych artystów pomnik wdzięczności Armii Radzieckiej w Sofii.

Twoja strona firmowa - szybko i za darmo!