„Polityka nasza dąży niezłomnie do utorowania ludowi drogi do władzy, bo lud jest w narodzie olbrzymią większością 

i reprezentuje pracę i potęgę idealną. Kto trzyma z ludem, ten stanie obok nas do pracy, do walki, do budowania Polski! ..." 

                                                                                                                        Z przemówienia Ignacego Daszyńskiego wygłoszonego w Lublinie w dn.10.11.1918 r. 
                               STOWARZYSZENIE imienia IGNACEGO DASZYŃSKIEGO
 
Stowarzyszenie im. I. Daszyńskiego ma konto w Banku Zachodnim WBK podane w zakładce "O nas" oraz "Kontakt".
W dniu 9 kwietnia 2018 r. został otwarty i jest prowadzony również rachunek bieżący do tego konta, aby 
w roku 100-lecia niepodległości dokonywać darowizn - w PLN - na budowę pomnika Ignacego Daszyńskiego.
                                                Numer rachunku: 02 1090 1694 0000 0001 3620 0930
Z adnotacją: Darowizna na budowę pomnika Ignacego Daszyńskiego w Warszawie.

NOWY PRAGMATYZM z CHIŃSKĄ CHARAKTERYSTYKĄ

Grzegorz W. Kołodko

NOWY PRAGMATYZM
z CHIŃSKĄ CHARAKTERYSTYKĄ

(Rozdział z książki " Czy Chiny zbawią świat")
Grzegorz W. Kołodko, "Czy Chiny zbawią świat?", Wydawnictwo: Prószyński Media, W-wa 2018, s. 172-185
Wizja, nie iluzje

   Chiński przywódca, Xi Jinping, opowiada się za globalizacją, co w rosnącym stopniu wspomagać może długofalowy rozwój światowej gospodarki. Amerykański prezydent, Donald Trump, nie służy globalizacji, wręcz utrudnia rozwój światowej gospodarki. Być może na krótką metę niektóre jego posunięcia ożywią gospodarkę USA, ale za to już teraz szkodzą gospodarce globalnej. Później zaś narastać będzie nierów¬nowaga, w tym ponownie deficyt budżetowy i dług publiczny w samych Stanach Zjednoczonych. Ktoś może sądzić, że trumponomika to taka współczesna reaganomika, ale to tylko tak się wydaje. Trzydzieści pięć lat temu reaganomika była wodą na młyn neoliberalizmu, z całą jego szkodliwością widoczną w pełni ex post. Szkodliwość ekonomicznego nacjonalizmu Trumpa z czasem też będzie coraz wyraźniejsza.

   O ile wieloletni 4-procentowy wzrost PKB to mrzonka amerykańskiego prezydenta, o tyle Nowy Jedwabny Szlak to realistyczna inicjatywa chińskiego prezydenta, jeszcze głębiej niż dotychczas włączająca jego kraj w proces globalizacji. Zarazem to próba nadawania jej bardziej inkluzyjnego charakteru. Podczas gdy amerykański prezydent żywi się iluzjami, chiński przywódca ma wizję. Dokładnie odwrotnie niż pół wieku temu. Taki dysonans ma kolosalne implikacje dla przyszłości świata.

   To znamienne, że w tym samym czasie, gdy zaprzysięgany na schodach Capitol Hill 45. prezydent Stanów Zjednoczonych mówił (a raczej krzyczał) America First!, na Światowym Forum Gospodarczym w Davos prezydent Chin wzywał do obrony wolnego handlu, przestrzegając, że w wojnie handlowej, którą Trump groził, nie może być zwycięzcy. Powiedzmy więcej; gdyby do takiej wojny doszło za sprawą pomawiania Chin o manipulacje walutowe i nakładanie karnych, prohibicyjnie wysokich ceł na chińskie towary kupowane przez USA, to Chiny straciłyby na tym mniej niż Stany Zjednoczone.
   Przypomnijmy, że Chiny to największy eksporter na świecie i drugi, po USA, największy importer. Pekin zgromadził największe na świecie rezerwy walutowe wynoszące więcej niż suma rezerw czterech kolejnych gospodarek na tej liście: Japonii, Szwajcarii, Arabii Saudyjskiej i Tajwanu. Gdy zaś spojrzeć daleko w przyszłość i dostrzec tam rezerwy chińskie wraz z rezerwami Tajwanu i Hongkongu, to wtedy zapasy walutowe takich „większych” Chin przewyższają sumę wspomnianych państw i jeszcze dodatkowo Rosji, Indii i Korei Południowej.
   Chiny mają zatem z czego podtrzymywać stabilność własnej gospo¬darki, a przy sposobności dysponują ogromnym kapitałem gotowym do zainwestowania na zewnątrz kraju. Już to robią, bo chociaż skumulowane bezpośrednie inwestycje zagraniczne (BIZ) w Chinach wynoszą 1,46 biliona dolarów, a chińskie za granicą 1,29 biliona, to od 2015 roku chińskie BIZ realizowane w innych krajach przewyższają te zagraniczne lokowane w Chinach. W roku 2016 chińskie BIZ osiągnęły rekordowy poziom 189 miliardów dolarów, o 40 procent więcej niż rok wcześniej. Z tej kwoty ponad 37 miliardów (aż o 77 procent więcej niż w roku poprzednim) trafiło do krajów Unii Europejskiej. Co ciekawe, podczas gdy jedni zabiegają - i słusznie - o dopływ chińskich kapitałów, inni oskarżają je o zapędy wręcz neokolonialne. To nam nie grozi, bo - powtórzmy - chińska zewnętrzna ekspansja gospodarcza jest dla Pekinu przede wszystkim instrumentem polityki służącej sprawom wewnętrznym.
   W tej fazie reform takie działania to dobry sposób na zapewnienie wysokiej dynamiki gospodarczej, a w ślad za tym wzrostu dochodów ludności i utrzymania w ryzach wielkiej wewnętrznej migracji ludności ze wsi do miast. Dodać wypada, że wysokie tempo dochodów ułatwia też utrzymywanie ładu społecznego. Indagowani na ten temat chińscy ekonomiści odpowiadają, że chociażby z tego względu prawdopodobieństwo wystąpienia czegoś podobnego do arabskiej wiosny, której zarzewiem było nakładanie się stagnacji gospodarczej i autorytarnego reżimu, jest u nich bliskie zera.
   Podczas gdy Amerykanie oszczędzają 17,6 procent swego dochodu narodowego (w Unii Europejskiej jest to 21,4 procent), to Chińczycy aż 46 procent (sic!). To za dużo i chociaż starają się powoli obniżać skłonność do oszczędzania, sprzyjając relatywnie szybszemu wzrostowi wydatków konsumpcyjnych, to wciąż mają ogrom środków na inwestycje krajowe i zagraniczne. Nic dziwnego przeto, że rozglądają się po świecie za atrakcyjnymi miejscami ich lokat. Krocząc Nowym Jedwabnym Szlakiem, docierają też do Europy Środkowo-Wschodniej, a nurt ten będzie nabierał wartkości w związku z programem BRI w jego części adresowanej do krajów naszego regionu - od Estonii i Łotwy na północy poprzez Czechy i Słowację pośrodku aż do Albanii i Macedonii na południu. Polska, największa gospodarka regionu, jak dotychczas zaabsorbowała mniej chińskich BIZ niż Rumunia czy Węgry, ale w 2016 roku była to już znacząca kwota przekraczająca pół miliarda dolarów i - co ważne - nadal rosnąca.
Inicjatywa 16+1
   Gdy Chiny wchodzą na międzynarodową arenę, czynią to z ogromnym rozmachem. Tak też jest w przypadku Nowego Jedwabnego Szlaku. To jeden z największych w dziejach program gigant adresowany do krajów wytwarzających około dwu piątych światowej produkcji i zamieszkiwanych przez blisko dwie trzecie globalnej populacji. W każdym z tych krajów pobudzone zostały apetyty i ich władze sporo sobie po tym programie obiecują. Być może w niektórych przypadkach oczekiwania te zostaną spełnione z nawiązką, na pewno w innych dojdzie do rozczarowań. Również dlatego, że BRI wciąż jest we wstępnej fazie, bez rozwiniętych segmentów, z licznymi niejasnościami i brakiem konkretów. Nic dziwnego zatem, że na przykład w Polsce niektórzy ostrzą sobie zęby na wielkie interesy, które, jak sądzą, uda się robić z Chińczykami przy okazji budowy za co najmniej 10 miliardów dolarów centralnego portu komunikacyjnego, z ogromnym lotniskiem i bazami suchych portów kolejowych i drogowych. Podobnie jest w innych krajach, choć często są to zamiary bez pokrycia w realnych planach i zamiarach samych Chin.
   Nie ulega natomiast wątpliwości, że zależy im na rozbudowie infrastruktury niezbędnej na drodze do bogatego rynku europejskiego, którego niezbywalną częścią są również dorabiające się kraje wschodnioeuropejskie. Nie chcąc z powodów politycznych żadnego z nich pominąć, a zarazem nie zajmując się małymi z chińskiego punktu widzenia gospodarkami między Bałtykiem i Adriatykiem, Chiny wsadziły je wszystkie do jednego worka i ochrzciły mianem „16”. Uwzględniając same Chiny, otrzymujemy program znany jako „Inicjatywa 16+1”.
   Ale jednak nie wszystkie. Pomińmy już to, że na mapie widnieje jasny punkt na Bałkanach, który znalazł się poza ramami 16+1, a mianowicie Kosowo, którego niepodległości ogłoszonej w 2008 roku Chiny (podobnie jak Rosja - inny stały członek Rady Bezpieczeństwa ONZ) dotychczas nie uznały. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że nie uznała tego faktu również Serbia, nadal uważając Kosowo za autonomiczną część swego terytorium. Sytuacja się komplikuje, gdyż trudno spodziewać się uznania przez Chiny niezawisłości Kosowa, jeśli nie uczyni tego Rosja, a ta raczej nie zrobi tego, jeśli Zachód nie uzna integralności Krymu i Rosji, na co się przez jeszcze wiele, wiele lat nie zanosi. Kosowo wszak, ze względu na swoją maleńkość (PKB według PSN wynosi zaledwie 19,4 miliarda dolarów, co stanowi 0,8 promille PKB Chin) ma zupełnie marginesowe ekonomiczne znaczenie. Liczą się inne gospodarki wschodnioeuropejskie, choć wszystkie one, łącznie z największą - Polską — karłowacieją na tle chińskiego olbrzyma.
   Pominąć natomiast nie można tego, że na tej mapie nie ma trzech innych państw wschodnioeuropejskich: Białorusi, Mołdawii i - co ważniejsze - Ukrainy. To nie tylko najludniejszy kraj tej części kontynentu, lecz również ważny kraj tranzytowy z Azji do Europy Zachodniej [Bąk, 2006]. Logistyka niejednokrotnie wymagać będzie, aby transporty z towarami wywożonymi przez terytorium byłego ZSRR z Chin na Zachód i stamtąd przywożonymi do Chin przebiegały przez Ukrainę. Oczywiście, dziać się tak może (i w uzasadnionych przypadkach z pewnością będzie) bez formalnego włączania tego kraju, a także Białorusi i relatywnie dużo mniej znaczącej Mołdawii, do projektu BRI i czynienia z jego wschodnioeuropejskiej części „Inicjatywy 19+1” (albo wraz z Kosowem 20+1). Geopolityka i tym razem robi swoje, bo przecież wiadomo, że ta część poradzieckiej Europy wciąż znajduje się pod wpływami Rosji i jej zapatrywań na rozmaite aspekty instytucjonalizacji międzynarodowej współpracy gospodarczej. Dlatego też można być krajem wschodnioeuropejskim, ale formalnie nie uczestniczyć w ważnym infrastrukturalnym programie, który Chiny adresują do tej części świata.
   Przy sposobności odzywają się głosy podejrzewające Chiny o ingerowanie poprzez „Inicjatywę 16+1” w proces integracji europejskiej. Z tych 16 członkami Unii Europejskiej jest na razie 11 państw, a pozostałe pięć przed końcem następnej dekady doń mogą i powinny dołączyć. Komisja Europejska stwierdziła, że najbardziej zaawansowane w reformach kraje zachodnich Bałkanów - Czarnogóra i Serbia - mogą zostać członkami ugrupowania już w 2025, ale potraktować to trzeba albo jako przejaw niepoprawnego optymizmu, albo jako świadomy zabieg, który ma je mobilizować do szybszego dostosowania struktur, instytucji i standardów do wymogów Unii Europejskiej. Co ważne i zrozumiałe, Komisja Europejska, kierując się swoją geopolityką, wymienia także szósty kraj tego regionu, Kosowo, który ze względu na swoją geopolitykę Chiny pomijają.
   Dziwi zatem retoryka dająca się słyszeć przy okazji zakomunikowania przez Komisję Europejską na początku 2018 roku „Strategii dla Bałkanów Zachodnich” \Strategy for the..., 2018], że gospodarcza aktywność Chin na Bałkanach jest niepokojąca. Jeśli Chiny, kierując się - co oczywiste - swoimi interesami strategicznymi, przyczynią się choć trochę do poprawy skądinąd kulejącej jakości infrastruktury transportowej, komunikacyjnej i przeładunkowej w gospodarkach wschodnioeuropejskich i ją rozwiną, sprzyjać to będzie, a nie szkodzić, pogłębianiu i poszerzaniu integracji europejskiej.
   Zwiększającej się obecności Chin w Europie nie należy się bać; należy ją umiejętnie wykorzystywać. Jeśli Chiny chcą i tu realizować swoją strategię win-win, to należy temu przyklasnąć, ale bez przesady. Inaczej niż niektórzy politycy i urzędnicy w Brukseli, minister spraw zagranicznych Węgier, Peter Szijjarto, witając na lotnisku w Budapeszcie przybywającego na szczyt 16+1 w listopadzie 2017 roku premiera Chin, Li Keąianga, po-wiedział: „My, w tym regionie, patrzymy na wiodącą rolę Chin w nowym porządku światowym jako na szansę, a nie zagrożenie” [Peto, 2018]. Ma rację, zarazem wykazując polityczną odwagę jak na ministra spraw zagranicznych kraju członkowskiego UE i NATO, bo to stanowisko zgoła odmienne niż prezentowane zarówno przez niektórych eurokratów, jak i przede wszystkim przez nowego „wielkiego brata” zza oceanu.
   Przede wszystkim wszakże trzeba dobrze liczyć, ponieważ tu nie ma sentymentów; tu obowiązuje rachunek ekonomiczny. Tak też jest z pierwszą większą inwestycją infrastrukturalną realizowaną przez Chiny w Europie Środkowo-Wschodniej - 336-kilometrową linią kolejową prowadzącą z Belgradu do Budapesztu (184 kilometry w Serbii i 152 na Węgrzech). Koszt projektu to około 3 miliardów dolarów, przy czym jego węgierska część ma być finansowana przez Węgrów w 85 procentach kredytem preferencyjnym, oprocentowanym poniżej stawek rynkowych, udzielanym przez China Exim Bank. Dzięki tej inwestycji, którą realizować mają głównie firmy chińskie, nie tylko o ponad połowę zostanie skrócony czas podróży między stolicami Serbii i Węgier, bo pociągi mają mknąć z szybkością od 160 do 200 kilometrów na godzinę, lecz przede wszystkim ma być udrożniony fracht towarowy prowadzący z portu w Pireusie (choć greckim, to - jak już wiemy - pozostającym w posiadaniu Chińczyków) do Europy Środkowej i dalej. Aby tak było, trzeba będzie jeszcze zmodernizować szlak kolejowy prowadzący z Grecji (która jest w Unii Europejskiej) przez Macedonię i część Serbii (których w niej jeszcze nie ma), ale wszystko w swoim czasie.
Chiny na ratunek?
   Tak jak ćwierć wieku temu w obliczu zakończenia pierwszej zimnej wojny po rozkładzie Związku Radzieckiego naiwnością było oczekiwanie, że to Stany Zjednoczone, korzystając ze swej potęgi gospodarczej, w tym finansowej oraz politycznej i militarnej, „zbawią świat” i zostaną jego postępowym przywódcą [Brzeziński, 2007], tak obecnie naiwnością byłoby spodziewanie się czegoś podobnego po Chinach. Nie mają one mimo swej potęgi na to ani środków, ani - w odróżnieniu od USA - chęci, o co niektórzy je podejrzewają, a inni oskarżają. Chiny bynajmniej nie pragną świata zdominować, a jedynie wykorzystać globalizację z pożytkiem dla siebie i niekoniecznie kosztem innych, a czasami wręcz im pomagając. Gdyby tak właśnie miało być, to niewykluczone, że jeśli nie cały świat, to jego znacząca część mogłaby znaleźć się na właściwej drodze, miast wlec się po manowcach.
   Jedni wiele - obawiać się można, że zbyt wiele - obiecują sobie po BRI i jej regionalnych odsłonach, takich jak 16+1, inni obawiają się uzależniania od Chin. Jedni, zwłaszcza naiwni politycy, których niestety w żadnym kraju nie brakuje, nierealistycznie zakładają, że Chiny pomogą im rozwiązywać krajowe problemy, inni przestrzegają, aby tym razem nie wpaść w pułapkę zaciągania nadmiernych zobowiązań wobec Chin. Jedni mają o Chińczykach coraz lepsze zdanie i ich lubią, inni myślą o nich gorzej i nie darzą sympatią. Widać w tych opiniach wpływ wielu czynników; resentymenty zakorzenione w przeszłości, doświadczenie bliskiego sąsiedztwa, odczuwaną autentyczną pomoc gospodarczą, obietnice na przyszłość. Dostrzec w nich ponadto można oddziaływanie opiniotwórczych mediów, które mało gdzie (jeśli gdziekolwiek) sympatyzują z Chinami w większej mierze, niż one na to zasługują. Jest raczej odwrotnie. 
   To uderzające, jak splot tych czynników kształtuje opinię publiczną. Pamiętajmy, że badania, do których wyników się odwołujemy, są reprezentatywne. Oznacza to również, że odpowiadający na pytanie, czy mają przychylne, czy też odwrotne zdanie o Chinach, w zdecydowanej większości przypadków nigdy w Państwie Środka nie byli. W przytłaczającej mierze ich opinie kształtuje narracja publiczna, w której prym wiodą media, a te zawsze są pod mniejszym bądź większym wpływem polityki. To wyjaśnia - obok znajomości historii i geoekonomii - jak to jest możliwe, że aż ośmiu na dziesięciu Rosjan dobrze myśli o swoim sąsiedzie z południa, natomiast tylko co dziesiąty Japończyk sądzi pochlebnie o swoim zachodnim sąsiedzie. Gdy jeszcze dodatkowo przyjrzeć się, co się kryje za tymi uogólniającymi średnimi, to w każdym ze wskazanych krajów relatywnie najbardziej korzystne zdanie mają ludzie młodzi, w przedziale wieku 20-29 lat, bardziej sceptycznie nastawieni są ci w średnim wieku, 30-49 lat, a niechęć przejawia się silniej wśród starszego pokolenia, w wieku powyżej 50 lat. W Stanach Zjednoczonych i Japonii z górą dwukrotnie więcej ludzi młodych niż starszych ma dobre mniemanie o Chinach. Na takie opinie bezwzględnie swój wpływ wywarła historia; ludzie w różnym wieku czego innego doświadczali. Czy ci pierwsi się nie rozczarują, a ci drudzy „odmłodzą” swój punkt widzenia? A może tych pierwszych spotka zawód i będą dołączać do starszych, odnoszących się do Chin z większą rezerwą?
   Inaczej niż w przyrodzie, w polityce i gospodarce żaden system nie jest czysty, zawsze bowiem mamy do czynienia z jakąś ich mieszanką. Tak jest, jak już dobrze wiemy, i w przypadku Chin, gdzie sprzęgają się ze sobą jeszcze nie do końca zlikwidowane elementy socjalistycznej gospodarki centralnie planowanej z elementami otwartej gospodarki rynkowej, gdzie przenikają się wciąż znaczące symptomy państwowego etatyzmu ze zliberalizowaną kapitalistyczną przedsiębiorczością. To bardzo ważne, że akurat w Chinach - tym tak wiele znaczącym dla przyszłości świata kraju — coraz wyraźniej do głosu dochodzi nowy pragmatyzm.
   Opowiadając się za globalizacją przy wskazywaniu zarazem na imperatyw jej większej inkluzyjności, dostrzegając nieodzowność zmniejszania skali nierównowagi handlowej i finansowej w światowej gospodarce, troszcząc się nawet bardziej niż niektóre kraje wysoko rozwinięte o równowagę ekologiczną (skądinąd do zakłócenia której wcześniej sporo się przyczyniając), Chiny wchodzą powoli na ścieżkę polityki gospodarczej sugerowaną przez nowy pragmatyzm. Neoliberalizmu tam prawie nie ma, skorumpowanego kapitalizmu państwowego coraz mniej (choć cały czas za dużo), natomiast wątków związanych z nowym pragmatyzmem coraz więcej [Hu, 2018]. Nikt bowiem na taką skalę i z takimi globalnymi konsekwencjami nie potrafi równie skutecznie zgrać potęgi niewidzialnej ręki rynku z potęgą widzialnej ręki państwa. Lepiej robią to tylko państwa nordyckie, a także Kanada, ale ich wpływ na procesy biegnące w światowej gospodarce jest znikomy.
   Toczy się wielka gra o racjonalizację globalizacji. To - obok kwestii bezpieczeństwa i troski o stan środowiska naturalnego - być albo nie być naszej cywilizacji. Chiny mogą znacząco pomóc we współkształtowaniu pożądanego oblicza przyszłości, limitując piętrzące się globalne zagrożenia i ryzyko wielkiej katastrofy, daleko wykraczającej poza obszar ekonomiczny. A to światu grozi, jeśli udałoby się ponownie skierować gospodarkę z jednej strony na neoliberalne tory business as usual, z drugiej natomiast, jeśli nie uda się opanować eskalacji nowego nacjonalizmu. Można jednak mieć nadzieję, że nie stanie się ani jedno, ani drugie, a to w dużej mierze właśnie za sprawą Chin.
   Jeśli obronią one wolny handel przed zakusami ekonomicznych nacjonalistów, jeśli uratują paryskie porozumienie w sprawie przeciwdziałania ocieplaniu klimatu i wyperswadują USA karygodny zamiar wycofania się z tego projektu, jeśli inwestując w następnych dekadach biliony dolarów w Afryce i na Bliskim Wschodzie, będą tam stymulować wysokie tempo wzrostu, co poprzez poprawę warunków życia i przyhamowanie eksplozji demograficznej uratuje Europę przed dopływem dziesiątków milionów imigrantów, jeśli pomogą znaleźć rozwiązanie konfliktu jątrzącego się wokół nuklearnego programu Korei Północnej, podobnie jak pomogły Iranowi, to wszyscy na tym skorzystamy.
   Tych „jeśli” jest więcej. Największe z nich to ostrzeżenie, że jeśli Chiny nie uporają się z syndromem demograficznym - jeśli rozumnie go nie pokonają, posługując się trójczłonowymi działaniami w sferze polityki ludnościowej, sterowanej imigracji i substytuującej pracę technologii - to wyzwania wynikające z nieuniknionego starzenia się społeczeństwa zahamują ich brawurowe kroczenie ścieżką rozwoju gospodarczego. Jeśli to im się nie uda, to utkną gdzieś po drodze realizacji śmiałego i optymistycznego planu zbudowania do połowy XXI wieku „wielkiego nowoczesnego kraju socjalistycznego, który będzie prosperujący, silny, demokratyczny, kulturowo zaawansowany, harmonijny i piękny”.
   Ten plan pozostanie planem, jeśli - i to jest drugie wielkie „jeśli” — Chiny nie potrafią trójczłonowymi działania w sferze edukacji, rozwoju regionalnego i transferów budżetowych odczuwalnie zmniejszyć skali zróżnicowania dochodowego i majątkowego. Obecne nierówności to koszt osiągniętego sukcesu gospodarczego, ale z takim obciążeniem nie da się nadal zwiększać produkcji bez zaburzeń społecznych, więc wkroczenie na wieloletnią ścieżkę redukcji nierówności dochodowych to imperatyw rozwoju na przyszłość.
   Piękny to może być kraj, w którym woda jest czysta i trawa zielona, bo wtedy cieszy swych mieszkańców pięknem nieskażonej przyrody. Jeśli zatem Chiny chcą być piękne, cały czas będąc ogromnie zatłoczone, to muszą z jeszcze większą determinacją chronić środowisko naturalne i zabiegać o równowagę ekologiczną. Sporo już czynią w tej kwestii, ale jeśli nie zrobią w tej materii dużo więcej - i to jest trzecie wielkie „jeśli” - to udowodnią sobie i innym, że nie sposób być jednocześnie brudnym i pięknym.
   Nie będzie też żadnej harmonii i piękna, jeśli - i to jest czwarte wielkie „jeśli” - na fali swych olbrzymich osiągnięć gospodarczych i wzmacniania ekonomicznej pozycji w świecie Chiny dałyby się ponieść pokusie prowadzenia agresywnej polityki zewnętrznej i usiłowały swój model narzucać innym bądź dały się wciągnąć w konflikty zagraniczne.
   W długotrwałych procesach gospodarczych zawsze jest tak, że rozwiązanie jednych problemów łączy się z tworzeniem innych. Nie inaczej jest we współczesnym świecie, w tym w tak ważnej jego części, jak Chiny. Nie inaczej też będzie w przyszłości. Podczas gdy jedne trudności będą przezwyciężane, inne będą się pojawiały. Dotychczasowy bilans ponoszonych podczas ostatnich kilkudziesięciu lat kosztów i czerpanych korzyści w społecznym procesie gospodarowania jest w Państwie Środka ewidentnie dodatni. Na przekonaniu, że tak będzie dalej, swój optymizm budują Chińczycy. Co więcej, udaje im się w tych niestabilnych i niepewnych czasach tego optymizmu trochę wyeksportować, bo bynajmniej go nie skąpią.
   Chiny nie przerobią Eurazji na Azjopę, ale nieodwracalnie zmienią geopolityczne i geoekonomiczne struktury i znaczenie kontynentów rozciągających się od północnego Pacyfiku do północnego Atlantyku.
   Chin nie trzeba się bać, trzeba na nie liczyć. Świata wprawdzie nie zbawią, ale pomóc w tym, by się nie wywrócił, mogą.
Grzegorz W. Kołodko
15 maja 2018 r. odbyła się się premiera książki "Czy Chiny zbawią świat?" autorstwa prof. Grzegorza W. Kołodko, czterokrotnego wicepremiera i ministra finansów, dyrektora Centrum Badawczego Transformacji, Integracji i Globalizacji TIGER w Akademii Leona Koźmińskiego.
Prezentujemy jeden z rozdziałów tej książki, w którym autor nawiązując do jego koncepcji ekonomicznej - "Nowego pragmatyzmu", w interesujący, a zarazem syntetyczny sposób, przedstawia główne charakterystyki podejścia chinskiego w aktualnym, globalizujacym się swiecie oraz przedstawia "Inicjatywę 16 + 1", która z inicjatywy chinskiej objęła także kraje Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polskę.

Wschodnioeuropejskie kraje „Inicjatywy 16+1”, Źródło: "Czy Chiny zbawią świat?"

PKB 16 gospodarek Europy Środkowo-Wschodniej na tle Chin (rok 2017), Źródło: "Czy Chiny zbawią świat?"

Kto lubi Chiny? Odsetek osób wyrażających przychylną opinię o Chinach . Źródło: Źródło: "Czy Chiny zbawią świat?"

Kreator stron - łatwe tworzenie stron WWW