„Polityka nasza dąży niezłomnie do utorowania ludowi drogi do władzy, bo lud jest w narodzie olbrzymią większością 

i reprezentuje pracę i potęgę idealną. Kto trzyma z ludem, ten stanie obok nas do pracy, do walki, do budowania Polski! ..." 

                                                                                                                        Z przemówienia Ignacego Daszyńskiego wygłoszonego w Lublinie w dn.10.11.1918 r. 
                               STOWARZYSZENIE imienia IGNACEGO DASZYŃSKIEGO
 
<<< [ 1 ] [ 2 ] [ 3 ] [ 4 ] [ 5 ] [ 6 ] [ 7 ] [ 8 ] [ 9 ] [ 10 ] [ 11 ] [ 12 ] [ 13 ]  >>>

Efekty transformacji !?

Karol Modzelewski

Szok - rachunek za transformację
(Fragmnety)

K.Modzelewski, "Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca", Iskry, Warszawa 2013, s. 382 - 407.
   ... Plan Balcerowicza był bardzo radykalną opcją, o której - gdy zaczęła budzić społeczne protesty - pisano i mówiono, że „nie ma innej drogi”. Jest to żenujący frazes propagandowy, poręczny w politycznych polemikach, ale niedopuszczalny w poważnych i odpowiedzialnych sporach między uczonymi, a także w uczciwych dyskusjach między ekspertami. Gdy sformułowania o „jedynej drodze” używa dziennikarz, można wzruszyć ramionami, gdyż frazesy są chlebem powszednim tego zawodu. Gdy to samo mówi ekonomista, można uznać, że zmienia skórę - porzuca rolę uczonego lub odpowiedzialnego eksperta na rzecz roli agitatora. Nad sensem tego frazesu i nad tym, czy i ewentualnie jakie inne drogi (i z jakim skutkiem) mógł obrać pierwszy rząd wolnej Polski, warto się jednak zastanowić. (...)
   Istnieje dość rozpowszechnione, choć bardzo przesadne przekonanie, jakoby plan Balcerowicza został Polsce narzucony przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Polska była w pułapce zadłużenia i rozpaczliwie potrzebowała ugody z zagranicznymi wierzycielami, a dogadanie się z Funduszem było warunkiem takiej ugody. W Funduszu zaś panował niepodzielnie duch szkoły Miltona Friedmana. Krajom Ameryki Łacińskiej, których gospodarkę trawiła hiperinflacja, sugerowano, a nawet narzucano zawsze tę samą, bardzo brutalną terapię, która kosztem recesji oraz obniżenia stopy życiowej doprowadzić miała do stabilizacji pieniądza i zrównoważenia budżetu. Bardzo podobną terapię proponowali rozmówcy z MFW Polsce oraz innym krajom upadłego komunizmu. W Ameryce Łacińskiej jednak, mimo zadłużenia oraz inflacji, funkcjonowała od dawna gospodarka rynkowa. W Polsce, w Czechosłowacji, na Węgrzech, w poradzieckiej Rosji czy na Ukrainie panowały zupełnie inne niż np. w Chile warunki ustrojowe, a podstawowe mechanizmy gospodarki rynkowej jeszcze nie istniały i nie mogły pojawić się z dnia na dzień. Stosowanie tej samej z grubsza recepty bez względu na kardynalne różnice ustrojowe i bardzo odmienne uwarunkowania społeczne, historyczne i kulturowe wystawia autorom takiej terapii oraz teorii, na której się opierali, marne świadectwo - nie liczyła się dla nich rzeczywistość, lecz doktryna. Byli oni przekonani, że posiedli coś, co Stanisław Lem w swoich humoreskach science fiction nazywał „ogólną teorią wszystkiego”.
   Jeśli jednak eksperci Międzynarodowego Funduszu Walutowego byli ekonomicznymi doktrynerami, to przecież w negocjacjach zachowywali się do pewnego stopnia pragmatycznie. Potrafili nie tylko nalegać, ale i targować się, a gdy rozmówcy się opierali, to także ustępować i znajdować wyjścia kompromisowe. Ekipa Leszka Balcerowicza nie stawiała jednak oporu. Przeciwnie, z własnej nieprzymuszonej woli wybrała z propozycji MFW najbardziej radykalną wersję polityki stabilizacyjnej, którą przedstawiciele Funduszu traktowali jako przetargową. W swojej książce Stabilizaticn and Reform in Eastern Europę, Waszyngton 1992, ówczesny szef ekspertów Funduszu Michael Bruno nic krył, że stanowisko przedstawicieli polskiego rządu było dla niego wielkim i miłym zaskoczeniem. Leszek Balcerowicz i jego współpracownicy z przekonaniem wychodzili naprzeciw radykalnym sugestiom amerykańskich rozmówców. Wchodził tu w grę nie tyle nacisk polityczny, ile doktrynalna jednomyślność stron. Po stronie polskiej zasiedli przy stole negocjacyjnym gorący wyznawcy tej samej teorii, którą kierowali się w myśleniu o globalnej gospodarce czołowi eksperci MFW. Było to dość charakterystyczne dla stanu umysłów krajowych elit intelektualnych oraz ich stosunku do myśli neokonserwatywnej i neoliberalnej przeważającej w USA i w Anglii od początku lat osiemdziesiątych. Nie trzeba lekceważyć stanu umysłów, a nawet mody intelektualnej jako czynnika ważącego na wyborze rządowej strategii. (...)
   Plan stabilizacyjny opracowany w życzliwej współpracy z Międzynarodowym Funduszem Walutowym zakładał, że w 1990 r. produkcja przemysłowa w Polsce obniży się o 5%, a płace realne spadną o 8%. Mówiono o przejściowym pojawieniu się bezrobocia na poziomie około 400 000 osób. Poziom cen miał się w tym czasie zwiększyć o 45%. Rzeczywistość natychmiast przekroczyła te prognozy. Wzrost cen był dwukrotnie wyższy niż zakładano (80% w 1990 r.). Produkcja przemysłowa już na początku 1990 r. obniżyła się nie o 5%, lecz o 30% i o tyle mniej więcej, a nie o 8%, spadły realne płace; po dwóch latach były one o ponad 1/3 niższe niż w 1989 r. W ciągu 1990 r. rejestrowane bezrobocie wzrosło od zera do miliona osób, w 1991 r. przekroczyło dwa miliony, a w 1992 r. zbliżyło się do trzech milionów. Dramatyczny spadek liczby zatrudnionych w gospodarce narodowej (chodzi tu zarówno o bezrobocie rejestrowane, jak i ukryte oraz o znaczną liczbę ludzi pracujących dorywczo „na czarno”) okazał się najtrwalszym skutkiem polskiej transformacji. Dochód narodowy (z grubsza odpowiednik tego, co dziś nazywamy produktem krajowym brutto, ale inaczej liczony) obniżył się w 1990 r. o przeszło 11%, a wciągu dwóch lat o ponad 18%. Była to najgłębsza recesja od czasów Wielkiego Kryzysu lat 1929-1933. To, że rezultaty programu stabilizacyjnego tak szybko rozminęły się z założeniami wcale nie dyskwalifikuje autorów tego programu jako profesjonalistów, chociaż powinno trochę stonować pychę i pewność siebie, z jaką ekonomiści bywają skłonni traktować swoje chybotliwe prognozy jako produkty nauki ścisłej. Ekipa Leszka Balcerowicza szła w nieznane, a właściwie prowadziła Polskę w nieznane. Nie dało się przewidzieć rezultatów. Rosyjscy, czescy i węgierscy naśladowcy naszych reformatorów też nabili sobie i swoim narodom wiele guzów, nieraz jeszcze bardziej bolesnych.
   Nie to jest więc dziwne, że ekipa Balcerowicza przeliczyła się w swoich prognozach. Godne uwagi jest to, ze wielki rozziew między założonymi wskaźnikami a taktycznymi rezultatami nie skłonił ich do złagodzenia kursu. Przeciwnie, gdy okazało się, że w odziedziczonej po socjalizmie zmonopolizowanej gospodarce nazajutrz po „skoku w rynek” nie pojawiły się samorzutnie mechanizmy samoregułacji przez konkurencję, sternicy polskiej gospodarki nie uznali, że potrzebny tu jest dłuższy okres przejściowy i odpowiednia polityka państwa, lecz parli nadal najkrótszą drogą do zamierzonego celu. Zwiększyli tylko nacisk na ekspresową - upadłościową lub zarządzaną odgórnie - prywatyzację przedsiębiorstw państwowych. Moim zdaniem wskazuje to, że w ich zamiarach i w ich myśleniu motyw inżynierii ustrojowej górował nad praktycznym zadaniem opanowania hiperintlacji, uzdrowienia pieniądza i zrównoważenia budżetu. Chodziło im nade wszystko o to, by jak najszybciej „zbudować kapitalizm”. (...)

* * *
   Transformacja zmodernizowała Polskę, ale społeczny koszt tej modernizacji okazał się bardzo wysoki, a co ważniejsze - bardzo trwały. Pod względem rozpiętości dochodów i skali nierówności społecznych jesteśmy w ścisłej czołówce Europy. Są to nierówności trwałe, dziedziczone z pokolenia na pokolenie. Wielkiemu zróżnicowaniu dochodów odpowiadają coraz głębsze różnice w zakresie opieki zdrowotnej, dostępu do wykształcenia i szans awansu kolejnych pokoleń. W rezultacie różnice te mają charakter bez mała niezmiennego podziału przywilejów i upośledzeń. Równość szans pozostaje w sferze marzeń. Dzieci i wnuki tych, których okręt neoliberainej modernizacji zostawił za burtą, w większości już się nie wdrapią na pokład. Wywiera to na ich sposób postrzegania wolnej Polski znacznie większy wpływ niż umoralniająca dydaktyka. Rzecz nie sprowadza się do zróżnicowania płac i dochodów. Najistotniejszym bodaj czynnikiem traumy Wielkiej Zmiany jest masowe i trwałe bezrobocie. 
   Liczba rejestrowanych bezrobotnych w Polsce wahała się w ciągu ostatniego dwudziestolecia między dwoma a trzema milionami osób. Przeważająca ich część nie ma już prawa do zasiłku, gdyż jest to najczęściej bezrobocie długotrwałe. Ale to wierzchołek góry lodowej. W 2007 r. Mieczysław Kabaj oceniał, że Polska jest na ostatnim lub przedostatnim miejscu w Europie pod względem odsetka ludności zawodowo aktywnej. Według jego szacunków potwierdzonych przez Leszka Gilejkę „w latach 1990-2005 zlikwidowano blisko 5 milionów miejsc pracy, a ludność w wieku produkcyjnym zwiększyła się o ponad 2 miliony osób”. Stopa zatrudnienia wynosiła w ostatnich latach PRL 80%, dziś wynosi 53%. Jest to wynik dezindustrializacji spowodowanej przez Wielką Zmianę. Ludzie zbędni z punktu widzenia neoliberalnej racjonalności jakoś oczywiście żyją. Chłoporobotnicy powrócili na wieś, gdzie mają przynajmniej co jeść, a szczytem ich marzeń jest bodaj najlichsza renta. Znaczną część ludzi zbędnych w przekształconej gospodarce upchnięto na przyznawanych lekką ręką rentach inwalidzkich lub wcześniejszych emeryturach. Obciążyło to bardzo budżet państwa, chyba jednak nie zapewniło wolnej Polsce głębokiego przywiązania i wdzięczności tych ludzi. Wielu ima się dorywczych zajęć i zarabia „na czarno”, w wiecznym lęku o jutro. Bezrobocie wśród młodzieży - rzecz jasna tylko to rejestrowane, więc uchwytne - sięga 35% lub 40% i jest najważniejszą przyczyną masowej emigracji zarobkowej. Młodzi Polacy, którzy jadą do Anglii, zakładają tam rodziny, rodzą i wychowują tam dzieci, w większości już nie wrócą do kraju. W okresach dekoniunktury, zwłaszcza zaś w obecnym globalnym kryzysie, lęk przed bezrobociem jest najważniejszą emocją negatywną kształtującą postawy społeczne także wśród tych młodych ludzi, którzy jakoś sobie radzą w nowej rzeczywistości i jesienią 2007 r. nawoływali się esemesami, by pójść do lokali wyborczych i zapewnić Platformie zwycięstwo nad PiS. Dziś ta młodzież jeszcze sobie radzi, ale ma powody do niepokoju. 
   Ci, co sobie radzą i mogą oceniać, że transformacja zmieniła ich życie na lepsze, są wciąż jeszcze w większości. Liczbę tych, których modernizacja zostawiła za bartą, szacuje się na jakieś 25-30% polskiego społeczeństwa. Między zaradnymi a poszkodowanymi nie ma już braterskiej miłości. Inteligencja znalazła się na ogół po słonecznej stronie, w strefie tzw. klasy średniej, ale docierają do niej irytujące odgłosy gniewu, rozgoryczenia, frustracji i agresji ze strony poszkodowanych współbraci. (...)
<<< [ 1 ] [ 2 ] [ 3 ] [ 4 ] [ 5 ] [ 6 ] [ 7 ] [ 8 ] [ 9 ] [ 10 ] [ 11 ] [ 12 ] [ 13 ] >>>
Karol Modzelewski: jedna trzecia Polaków jest za burtą

"– Nie ma wątpliwości, że rodzi się nowy nurt umysłowy, a za nim ugrupowania i działania polityczne" – mówił historyk prof. Karol Modzelewski w programie "W samo południe".

Polskie Radio 09.02.2014

Kreator stron - łatwe tworzenie stron WWW