„Polityka nasza dąży niezłomnie do utorowania ludowi drogi do władzy, bo lud jest w narodzie olbrzymią większością 

i reprezentuje pracę i potęgę idealną. Kto trzyma z ludem, ten stanie obok nas do pracy, do walki, do budowania Polski! ..." 

                                                                                                                        Z przemówienia Ignacego Daszyńskiego wygłoszonego w Lublinie w dn.10.11.1918 r. 
                               STOWARZYSZENIE imienia IGNACEGO DASZYŃSKIEGO
 

Dylematy lewicy


<<< [ 1 ] [ 2 ] [ 3 ] [ 4 ] [ 5 ] [ 6 ] [ 7 ] [ 8 ] [ 9 ] [ 10 ] [ 11 ] [ 12 ] [ 13 ]  [ 14 ] [ 15 ] [ 16 ] [ 17
[ 18 ] [ 19 ]   >>> 

Fotorzepa/autor: Kuba Kamiński

Kazimierz Kik
       
          Ideowa pustka lewicy                


Polska socjaldemokracja utraciła wiarygodność.
   Polska to kraj rosnących kontrastów społecznych. Co prawda, według szwajcarskiego centrum analitycznego Insight, zaliczyć ją można do krajów średniej zamożności, ale to wszystko jedynie sztuczki statystyczne. W kraju, w którym mieszka 45 tysięcy dolarowych milionerów, prawie 2/3 Polaków zarabia poniżej średniej krajowej, a w kręgu ponad 2 milionów bezrobotnych ponad połowę stanowią ludzie młodzi, niewidzący dla siebie przyszłości. Polska to więc coraz bogatszy kraj coraz to biedniejszych obywateli. Pozornie – raj dla lewicy. Faktycznie – kraina liberalnej i prawicowej hegemonii.

Zakłamany obraz

   Upraszczając, wskazać można co najmniej pięć przyczyn politycznej marginalizacji lewicy w społeczeństwie myślącym w zdecydowanej większości w kategoriach prosocjalnych.
   Przyczyna pierwsza to grzech pierworodny polskiego systemu partyjnego. Na naszej scenie politycznej wciąż ważniejsze są bowiem podziały historyczne niż programowo-ideowe. To, co wyrosło na glebie „Solidarności", uznane zostało za różne odmiany prawicy. To, co wyrosło na gruncie PZPR, stało się lewicą. Obraz polskiego systemu partyjnego musi więc być zakłamany. Lewica nie jest lewicą, a prawica konsekwentnie pojmowaną prawicą.
   W SdRP, a następnie w SLD, ugrupowaniach przekształconych w 1990 roku z PZPR, nie było praktycznie ludzi lewicy. Byli za to ludzie zahartowani w kierowaniu gospodarką późnego PRL w duchu raczej socjalliberalnym i liberalnym.
   Jerzy Hausner, minister finansów w rządzie Leszka Millera, mówi o tym otwarcie, określając się mianem socjalliberała. Marek Belka to czysty liberał brylujący w przesiąkniętym liberalnymi ideami światku bankowców. Nawet Aleksander Kwaśniewski, ikona postkomunistycznej lewicy, po zakończeniu „socjaldemokratycznej służby" nie zaangażował się w aktywność charytatywną, lecz zaczął się dorabiać u wschodnioeuropejskich i azjatyckich nuworyszy. Pokazał tym samym brzydszą twarz pragmatyka uwolnionego od wszelkiego rodzaju ideologicznych uzależnień.
   A przecież lewica w Polsce miała szansę. Rządy prawicowej AWS tak dopiekły Polakom, że w 2001 roku ponad 40 proc. wyborców z nadzieją zwróciło się ku koalicji SLD–UP. I tak naprawdę to wtedy okazało się, ile lewicy jest w SLD. Rząd SLD–UP okazał się najwierniejszym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, łamiąc europejską, socjaldemokratyczną solidarność przeciwników agresji w Iraku.

Europejscy i oderwani od wyborców

   Pragmatyzm i bezideowość Sojusz pokazał także, przyjmując programowe założenia tzw. trzeciej drogi, co w istocie było nagięciem socjaldemokratycznej polityki do dominującej wówczas neoliberalnej doktryny. W konsekwencji polityka gospodarcza, finansowa i społeczna rządów Leszka Millera i Marka Belki była całkowitym zaprzeczeniem lewicowości. Dotknięci nią wyborcy socjalni uciekli na prawo, jak najdalej od SLD, rzucając się w objęcia populistycznego PiS. I tkwią w nich po dzień dzisiejszy.
   W ten sposób polska lewica utraciła coś najważniejszego – socjalną i ideologiczną wiarygodność.
   Ale jest też przyczyna druga, o wiele mniej związana z felernym poczęciem. Chodzi o konsekwentny wybór lewicowej bazy społecznej. Nie ma w Europie socjaldemokracji jako takiej, ogólnoeuropejskiej. Charakter każdej partii musi być dostosowany do socjalnego, kulturowego i religijnego podłoża danego kraju. Polska jest krajem katolickim. Na domiar wszystkiego najbardziej zagorzałymi katolikami są przedstawiciele biedniejszych grup społecznych, ci, którzy z ekonomicznego i społecznego punktu widzenia powinni stanowić bazę lewicy.
   Tymczasem SLD chce być bardziej europejska i postępowa niż kraj, w którym działa. Chce być antyklerykalna i tą miarą mierzyć swoją nowoczesność. W efekcie znalazła się w innym miejscu niż jej socjalny, katolicki – w większości – elektorat, walkowerem oddając prawicy tych, których interesy ekonomiczne i społeczne położenie skazują – zdawałoby się – na lewicowość.
   Przyczyną trzecią jest charakter i struktury SLD. Dotyczy to zresztą nie tylko Sojuszu. Finansowane przez państwo partie kartelowe uniezależniły się od społeczeństwa, a nawet od wyborców. Bo frekwencja jest nieważna, skoro nawet niewielka liczba głosów daje legitymację do sprawowania władzy i dostęp do pieniędzy. Nie są to zatem partie głęboko osadzone w społeczeństwie. Są natomiast całkowicie uzależnione od swojego wodza, żyjące w zasadzie dla samych siebie. Władza, a nie służba społeczeństwu, jest dla nich najważniejsza.
   Dla lewicy jednak taki rodzaj partii to organizacyjna katastrofa. Lewica potrzebuje społecznego zakotwiczenia, gdyż musi być ożywiana stałymi impulsami. Organizacyjny marazm to przeciwieństwo socjaldemokratycznej samoorganizacji.

Bierny, mierny, ale wierny

   Na drodze do zrealizowania tego postulatu stoi jednak przyczyna czwarta. To ideowa pustka. Jeśli rozejrzymy się dookoła, zauważymy bez trudu, że w Niemczech, we Francji, a także w innych krajach Europy Zachodniej partie socjaldemokratyczne inspirację do działania czerpią z licznych naukowych fundacji. Trudno dziś wyobrazić sobie polityczną aktywność niemieckiej SPD bez ożywczych idei napływających z fundacji Friedricha Eberta.
   W przypadku polskich partii, w tym SLD, droga wskazywana jest po omacku. Nie ma liczących się socjaldemokratycznych fundacji, a te, które są, nie spełniają swojej roli.
   SLD jest zatem partią bez żadnego intelektualnego zaplecza.
   Wreszcie przyczyna piąta będąca wypadkową wszystkich wcześniejszych słabości – przywództwo. Charakter tego przywództwa, obciążonego w dodatku wszystkimi patologiami trapiącymi tę formację, stoi w całkowitej sprzeczności z duchem funkcjonowania socjaldemokracji. Wodzowski charakter partii, dobór działaczy według zasady „bierny, mierny, ale wierny" i wycinanie ambitniejszych rywali prowadzą wprawdzie do wzmocnienia pozycji lidera, ale także do osłabienia pozycji całej partii.
   Na koniec mechanizmy wyłaniania lidera. Pozornie demokratyczne, a faktycznie wykonywane przez lokalnych działaczy z dworów pryncypała. W efekcie po każdych takich „demokratycznych" wyborach partia staje się organizacyjnie szczuplejsza i społecznie bardziej zmarginalizowana. Wybrani tą drogą liderzy potrafią zdyscyplinować partię, ale nie są w stanie skupić wokół niej wyborców.
   Wszystkie te błędy doprowadziły do wyborczego niepowodzenia SLD reprezentującego dziś polską lewicę.

<<< [ 1 ] [ 2 ] [ 3 ] [ 4 ] [ 5 ] [ 6 ] [ 7 ] [ 8 ] [ 9 ] [ 10 ] [ 11 ] [ 12 ] [ 13 ]  [ 14 ] [ 15 ] [ 16 ] [ 17
[ 18 ] [ 19 ]   >>> 
"Dylematy lewicy"     to aktualnie ważne dla socjalistów i innych ludzi lewicy wypowiedzi, teksty, eseje, wykłady o bieżącej tematyce społeczno-politycznej i filozoficzno-ekonomicznej - to materiały pobudzjące do twórczej dyskusji i głębszych ideowych przemyśleń.
prof. Kazimierz Kik

Autor jest politologiem, profesorem Uniwersytetu 
Jana Kochanowskiego w Kielcach, 
zastępcą przewodniczącego Komitetu 
Nauk Politycznych PAN. W przeszłości był związany 
z SLD i innymi ugrupowaniami lewicy
Twoja strona firmowa - szybko i za darmo!