„Polityka nasza dąży niezłomnie do utorowania ludowi drogi do władzy, bo lud jest w narodzie olbrzymią większością 

i reprezentuje pracę i potęgę idealną. Kto trzyma z ludem, ten stanie obok nas do pracy, do walki, do budowania Polski! ..." 

                                                                                                                        Z przemówienia Ignacego Daszyńskiego wygłoszonego w Lublinie w dn.10.11.1918 r. 
 
                               STOWARZYSZENIE imienia IGNACEGO DASZYŃSKIEGO

D.Waniek-Polski oksymoron: tolerancyjna prawica



Danuta Waniek


Polski oksymoron: tolerancyjna prawica
W miniony wtorek można było pooglądać sobie w telewizji zaprzysiężenie zrekonstruowanej części rządu Rzeczypospolitej:
obrazek nieco nudnawy: oto stoi rząd smutnawo wyglądających panów (i jednej pani), w czarnych maseczkach odbierają powołania na urzędy ministerialne.

Przy składaniu przysięgi maseczki zdejmowali, a na koniec obowiązkowo dodawali „tak mi dopomóż Bóg”. Wicepremier Gowin w momencie wypowiadania tych słów popatrzył wymownie w niebo, jakby był przekonany, że tę ważną chwilę obserwuje z góry przywoływany po wielokroć sam Najwyższy; że wtem Bóg z Mojżeszowego pokaże się krzaka, spojrzy na te przysięgające i zapyta: dopomóc? a w czym...? (przepraszam Słowackiego za tę parafrazę).

Przyglądając się temu patetycznemu widowisku pomyślałam: jeśli zgodnie z ich ideologią Bóg wszystko widzi, wszystko słyszy (nie mylić z „podsłuchuje”, chociaż...?) i wszystko osądza (przykładem Mariusza Kamińskiego zbiera zapewne teczki na Sąd Ostateczny), to w sposób mu przynależny musi być świadom ich kłamstw, przekrętów na finansach publicznych, nienawiści, zakłamania, agresji, zachłanności, skłonności prześladowczych, braku kompetencji, pospolitej głupoty i wreszcie - braku szacunku do naszej Rzeczypospolitej, bo każdego dnia robią krzywdę jej ustrojowi i instytucjom. Skąd więc są pewni, że Pan Bóg do synów (takich) się przyzna i pomoże? (jeszcze raz przepraszam Słowackiego).

W szeregu przysięgających zabrakło posła PiS - Przemysława Czarnka z Lublina, podającego się za wzorca tradycyjnej polskiej tolerancji, tak przecież sam o sobie mówił, odpowiadając na zarzuty o homofobię. Dziwnie w moich uszach zawsze brzmią usprawiedliwienia, serwowane przez polityków prawicy przez 
odwoływanie się do tradycji polskiej tolerancji.
Nie mam dziś zamiaru analizować jego mentalnego zacofania, prymitywnych przemyśleń, zresztą i tak szeroko w mediach komentowanych. Są one zapewne czytelnikom Trybuny znane, nie ma co robić sobie wtórnej przykrości. W jego ręce ma być oddana edukacja i nauka, ta decyzja poraziła nauczycieli i naukowców na każdym poziomie kształcenia - od przedszkoli do uniwersytetów.

Zaciekawia mnie w związku z tym jedynie odpowiedź na proste pytanie, jak Czarnek zamierza włączyć w programy edukacyjne kwestię tolerancji...? Jak ją będzie definiował i do jakich tradycji i praktyk będzie się odwoływał...?

W myśleniu o naszych tradycjach lubimy na potwierdzenie własnych poglądów przywoływać argument, że w czasach, kiedy w całej Europie toczyły się krwawe wojny religijne, Polska słynęła ze swej tolerancji i szacunku do innych religii.

Jesteśmy dumni z tego, jak właśnie Polska przyjmowała na swe terytorium prześladowanych w innych krajach Żydów i wszelkiej maści protestantów (o arianach pisałam pracę jeszcze w moim liceum).

Na dowód swojej moralnej doskonałości w takich sytuacjach przywołujemy Akt konfederacji warszawskiej z 1573r., proklamujący pokój religijny i tolerancję religijną w całej Rzeczypospolitej Polskiej!

Wszystko to prawda: była to Polska „złotego wieku” (czyli wieku XVI), w Europie miała wówczas opinię kraju, który imponował wielu cudzoziemcom tolerancją religijną i wolnością. Polska była wówczas krajem wielojęzycznym, a religie inne niż rzymskokatolicka były wyznawane przez prawie połowę mieszkańców Rzeczypospolitej. Ciekawie musiało być wtedy w potężnym państwie Jagiellonów, na dodatek najtęższe umysły „złotego wieku” przyjmowały z zachodu nowinki religijne, a zwłaszcza wieści o niemieckim odnowicielu Kościoła - Marcinie Lutrze.

A i u nas też mnożyli się zwolennicy reformacji, wśród nich Andrzej Frycz Modrzewski, Mikołaj Rej, Jan Łaski, Marcin Czechowic, Mikołaj Radziwiłł Czarny. Powiew protestantyzmu (luteranizm, kalwinizm) sprawił, że najlepiej wykształceni zaczęli się domagać zniesienia sądownictwa duchownego nad świeckim, udziału księży w podatkach na rzecz obronności kraju oraz prawa do wyznawania obranej religii, co gwarantował wspomniany Akt konfederacji Warszawskiej.

Niedawno zmarły historyk - Janusz Tazbir pisał o tym, jak

wielki wkład wniosła reformacja w rozwój języka polskiego,

spychanego dotychczas na obrzeża oficjalnego życia państwowego, a przez to literatury polskiej (zwłaszcza politycznej). Znacząco wpłynęła też na ożywienie kultury, nauki i oświaty. To Mikołaj Rej z Nagłowic ogłosił wówczas, że Polacy nie gęsi i swój język mają, należy go używać z czcią i szacunkiem. Ówczesny prymas polski - Jakub Uchański tak się rozpędził, że chciał nawet utworzyć kościół narodowy i - o zgrozo - pisał listy do króla w języku polskim, a nie po łacinie!

Uczeni, skupieni wokół akademii braci polskich w Rakowie (wielowyznaniowa szkoła średnia, założona w 1602r., ze względu na poziom nauczania nazywana „sarmackimi Atenami”) zalecali częste korzystanie z rozumu (racjonalizm) i tolerancję religijną.

Katechizm Rakowski braci polskich w kwestiach rozdziału kościoła od państwa i neutralności światopoglądowej państwa podobno nawet inspirował twórców Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Hm, zadumałam się... cenne pomysły miała polska reformacja... 

Ale to dobro długo nie trwało, ponieważ wielowyznaniowa Rzeczpospolita nie podobała się (bardzo!) sekretarzowi królewskiemu Zygmunta I Starego - kardynałowi Stanisławowi Hozjuszowi (1504-1579), który sam ostro zwalczał ewangelików i kalwinów. Dla umocnienia katolicyzmu sprowadził do Polski jezuitów, zadbał o ich sute wyposażenie w dobra doczesne i wpływy. Dodajmy, że był zagorzałym przeciwnikiem używania języka polskiego na gruncie kościelnym; listy prymasa Uchańskiego pisane po polsku uznał za obraźliwe. Że lud łaciny nie rozumiał ? - no cóż, Hozjusz uważał, że

dla kościoła pożyteczniejsza jest ignorancja ludu,

a nawet msza święta nie powinna być dla ludu zrozumiała, bo „ten, co mniej rozumie, jest zazwyczaj bardziej pobożny”. Wraz z jego działalnością i przyjęciem przez króla oraz senat uchwał soboru trydenckiego (1545-1563), rozpoczęła się w Polsce kontrreformacja, której jawnym pokłosiem stawała się nietolerancja wobec wyznawców innych religii.

I poleciało: pod patronatem Hozjusza królowie zaczęli wydawać edykty, zwalczające innowierców wszelkimi dostępnymi środkami, łącznie z represjami z użyciem przemocy. Kardynał Hozjusz opowiadał się za eliminacją innowierców ze społeczności Rzeczypospolitej, przy jednoczesnym ograniczaniu wolności wyznaniowej i utożsamianiu polskości tylko z katolicyzmem. Pisma Andrzeja Frycza Modrzewskiego zostały zakazane.

I tak

skończył się „wiek zloty” i tolerancja,

nie powiódł się zamiar zbudowania w Rzeczypospolitej pokojowego współżycia różnych wyznań, jak również tych, którzy w istnienie Boga zwątpili.

W 1689 r. na Rynku Starego Miasta w Warszawie w okrutny sposób wykonano wyrok śmierci na Kazimierzu Łyszczyńskim, zasłużył na ścięcie napisaniem traktatu „O nieistnieniu Boga”. Historia ta jest ze wszech miar godna przypomnienia.

Również dlatego, że Łyszczyński byt dzielnym wojem króla Jana Sobieskiego, bronił naszych granic w najeździe szwedzkim, moskiewskim i węgierskim. A potem kształcił się zapamiętale już jako jezuita w Krakowie, Kaliszu i Lwowie, wielokrotnie wybierany był posłem na sejm z województwa brzeskiego.

Zadenuncjowany został przez sąsiada

- stolnika bracławskiego Jana Kazimierza Brzoskę, który pożyczył od Łyszczyńskiego sporą sumę pieniędzy i znalazł sposób, aby ich nie oddać. Jako prawdziwy chrześcijanin i katolik wykradł Łyszczyńskiemu traktat i przekazał sądowi rękopis dzieła. W czasie obcinania Łyszczyńskiemu głowy uroczyście spalono jego traktat, nieliczne fragmenty cytowane w czasie procesu zachowały się jedynie w Bibliotece Kórnickiej.

I dlatego, kiedy dziś słyszę, zwłaszcza z ust polityka prawicy, jak odwołuje się do „tradycyjnej polskiej tolerancji”, to wiem, że nie zna rodzimej historii, a w takich momentach moja dusza przeciągle wyje: Hozjuusz, Hozjuusz!!!

Co ciekawe, Kazimierza Łyszczyńskiego czczą dziś na Białorusi, wydali znaczek pocztowy z okazji 375 rocznicy jego urodzin i kartkę pocztową, przedstawiającą egzekucję nieszczęsnego filozofa, który pozwolił sobie zwątpić w istnienie Boga.

Kontrreformacja wprawdzie uchroniła nasz kraj od wyniszczających wojen religijnych, ale wkrótce
wyniszczać nas zaczęły jej skutki.

Opisał je nieżyjący już filozof Marek Siemek, który stwierdził, że skutkiem kontrreformacji stało się „głębokie utrwalenie już wtedy anachronicznych, na wskroś tradycjonalnych struktur wzajemnego przenikania się władzy duchownej i świeckiej, hierarchicznego Kościoła i państwa, patriarchalnej religijności katolickiej i świeckiej strony obywatelskiego życia publicznego.

Odtąd Polska już zdecydowanie znalazła się poza głównym nurtem europejskiej cywilizacji i kultury, który coraz wyraźniej oddzielał religie od polityki oraz rozmaite kościoły (...) od ośrodków i struktur suwerennej władzy państwowej, bezpośrednio w tym nawiązując do chlubnego dziedzictwa rzymskiej tolerancji religijnoobyczajowej i laickiego państwa.”

Trzeba przyznać prof. Siemkowi, że miał rację, gdy pisał, że triumf kontrreformacji miał dla Polski

poważne następstwa gospodarczo-cywilizacyjne i społeczno-kulturowe,

ponieważ procesy modernizacyjne w nowożytnej Europie oparły się na protestantyzmie. To właśnie ten nurt religijny stał się w dużej mierze źródłem racjonalności, rynkowej ekonomii, a także nowoczesnej socjalizacji. Protestanckie hasło „modli się ten, kto pracuje” budowało zręby dobrobytu czołowych społeczeństw zachodnich i USA.

Towarzyszyła temu wolność osobista jednostki (swoboda przemieszczania się), wolna praca najemna zamiast przymusowej pracy niewolniczej, wolność i dobrowolność umów, jak i wolności religijne, czyli wolność myśli, wyznania, sumienia, słowa i - wreszcie - równość wszystkich wobec prawa. 

Pod wpływem kontrreformacji pozytywny obraz Polski w połowie XVII wieku zmieniał się gwałtownie na niekorzyść, „w literaturze i świadomości politycznej Europy Zachodniej poczęła tworzyć się opinia, że naród polski, który ma tak diametralnie różną formę i praktykę rządów od tych, które panują we Francji, Anglii, Hiszpanii, czy Austrii, musi stać na znacznie niższym poziomie kulturalnym niż narody wspomnianych krajów i inne narody europejskie”, ponieważ nie potrafi skutecznie i rozumnie zarządzać własnymi sprawami.

Silniejsi sąsiedzi pilnie nas obserwowali,

nawet jeden z największych autorytetów strategii wojskowej - Carl von Clausewitz napisze później, że na skutek anarchii i pogłębiających się sprzeczności wewnętrznych nasz kraj stał się „bezbronnym stepem, drogą publiczną dla obcych wojsk”, ponieważ - z małymi wyjątkami - klasa rządząca nie umiała zrozumieć wyzwań czasu, a jej „nikczemne obyczaje państwowe i niezmierzona lekkomyślność szły ręka w rękę i w ten sposób Polska pędziła ku przepaści”. Brzmi to całkiem współcześnie.

A potem
pojawił się w naszej historii Roman Dmowski,

który bardzo lubił zasiadać w rosyjskiej Dumie. Stworzył endecję , stapiając w jej ideolo¬gii nacjonalizm z katolicyzmem. Rzeczpospolita zaczęła się od zamordowania Prezydenta Ga¬briela Narutowicza, a w jej klimat wpisały się pogromy, „numerus clausus”, pałkarze na uniwersytetach oraz oddanie szkolnictwa państwowego pod kontrolę kleru. Dużo już o tym napisałam, więc nie ma co się powtarzać.

W latach 90. przez krótki czas myślałam, że zgodnie z intencjami większości twórców Konstytucji z 1997 r. tolerancja zagości na stałe w praktyce III Rzeczypospolitej, wszak to przecież klejnot bezcenny! Do Konstytucji został wpisany pluralizm, który opiera się na rozpoznaniu odmienności i różnorodności natury ludzkiej. A tolerancja to nic innego, jak gotowość do akceptacji tej odmienności w poglądach ludzi, wierzeniach religijnych i obyczajach. Tolerancja to jest zgoda na rozmaitość, każda/każdy ma prawo do odmiennej koncepcji własnego życia, bez względu na to , jak różnią się ode mnie - każda/każdy mają prawo dążyć do swych celów, jeżeli nie zagrażają mnie, lub innym. Na taki obrót rzeczy nie tylko ja miałam nadzieję.

Jednak szybko okazało się, że w Polsce odradzają się jak feniks z popiołów

najgorsze tradycje endeckie

(nacjonalizm + katolicyzm), znane z okresu międzywojennego. Pojawienie się najpierw Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego i innych klerykalnych pociotków (również w Trybunale Konstytucyjnym) skutecznie zabarykadowało rozprzestrzenianie się wolnej myśli wolnego społeczeństwa („każda ręka podniesiona na Kościół to ręka podniesiona na Polskę”! czyżby?).

Odwoływanie się do rozumu przestało się opłacać.
Roman Giertych postawił w środku miasta pomnik Romanowi Dmowskiemu, Trybunał Konstytucyjny orzekł, że tzw. klauzula sumienia” nie godzi w wartości polskiej Konstytucji, sądy zaczęły wydawać wyroki skazujące za naruszanie abstrakcyjnych „uczuć religijnych”. Na czele z różnej maści politykami w oparach kadzidła naród przed Janem Pawłem II padł na kolana, nie zwracając uwagi na wszechogarniające uwstecznianie się Polski, w tym - jak się poniewczasie okazało - upadek moralny duchowieństwa.

Przymus katolicyzmu stał się niepisaną zasadą polityki wyznaniowej każdego rządu, a polska szkoła pod dyktat hierarchii katolickiej stawała się na naszych oczach szkołą endecką. Kolejny „złoty wiek” minął, nim zdołał przekroczyć próg Rzeczypospolitej.

Z tych faktów, przedstawionych w dużym skrócie płynie jeden wniosek: 
Polska, od czasów kontrreformacji nie była i nie jest tolerancyjna, a symbolem ostatnich dziesięcioleci
 stał się znów fundamentalizm katolicki i klerykalizm, wymieszany z nacjonalizmem. 
Nie ma co udawać, że jest inaczej!
Tolerancja w takich warunkach przerażona w popłochu ucieka, bo za winklem czają się na nią Duda z Czarnkiem, gotowi na nią ruszyć z żelaznym różańcem, wyprodukowanym w Krakowie, w dawnej hucie im. Lenina.

Wypada mi jako puentę tego wywodu przypomnieć myśl Monteskiusza (tego od trójpodziału władz): „Naród wolny może mieć oswobodziciela; naród ujarzmiony może mieć tylko innego ciemiężcę”.

DANUTA WANIEK

Andrzej Frycz Modrzewski

Roman Dmowski

Kreator stron - łatwe tworzenie stron WWW