„Polityka nasza dąży niezłomnie do utorowania ludowi drogi do władzy, bo lud jest w narodzie olbrzymią większością 

i reprezentuje pracę i potęgę idealną. Kto trzyma z ludem, ten stanie obok nas do pracy, do walki, do budowania Polski! ..." 

                                                                                                                        Z przemówienia Ignacego Daszyńskiego wygłoszonego w Lublinie w dn.10.11.1918 r. 
                               STOWARZYSZENIE imienia IGNACEGO DASZYŃSKIEGO
 
Zobacz inne eseje A.Próchnika:  [ 1 ] [ 2 ] [ 3 ] [ 4 ] [ 5 ] [ 6 ]  >>>

Adam Próchnik
Czternastoletni przestępca polityczny przed sądem

Z książki Adama Próchnika: "Idee i ludzie - z dziejów ruchu rewolucyjnego w Polsce"
      Dwaj chłopcy o bujnych, rozwichrzonych czuprynach i zuchwałych, błyszczących młodzieńczym zapałem oczach, siedzieli w kącie skromnie umeblowanego pokoju i coś cichutko szeptali do siebie.
     Matka ich, pani Kamila Daszyńska, spogląda na chłopców wzrokiem pełnym matczynego rozmiłowania i niepokoju. Co oni tam znowu knują? — myśli sobie. Z chłopakami tymi jest wciąż kłopot. Od chwili, gdy owdowiała i pozostała z tym drobiazgiem sama na świecie, wciąż martwi się o ich przyszłość. Warunki były bardzo ciężkie i biedna matka ma jeden cel przed sobą: niech chłopcy ukończą jak najprędzej szkoły, dostaną jakieś posady i zabezpieczą sobie byt. Chłopcy byli wprawdzie pracowici i uczyli się dobrze, bardzo dobrze. Ale matka czuje instynktownie, że z tą karierą urzędniczą może być nie dobrze. W miarę jak dzieci dorastają, kroczą coraz bardziej własnymi drogami. Słowa ich stają się coraz to bardziej gwałtowne i zuchwałe. O przyszłość swą i sprawy materialne mało się troszczą. Mówią wciąż o ideałach, o walce, o wolności. Z całą bezwzględnością atakują statecznych obywateli, którzy przewodzą społeczeństwu, od których zależy ich kariera. Że wyrzekli się niepodległości, że dbają tylko o swe majątki, że służą Habsburgom.
     Matka czuje, że w chłopcach kipi bujny, nieokiełznany temperament, że marzą im się dalekie, nieznane szlaki bojowe. Czyż potrafi biedne matczysko wprowadzić ich na utartą drogę kariery urzędniczej? Kiwa tylko nad nimi głową i niespokojnie patrzy, jak coś tam spiskują.
     A chłopcy siedzą przytuleni do siebie i szepcą. Knują jakiś wielki plan. Zbliża się Dzień Zaduszny roku 1880. Dorocznym zwyczajem młodzież szkolna całego Stanisławowa wylegnie na cmentarz i śpiewać będzie pieśni narodowe nad grobem Maurycego Gosławskiego. Był to młody poeta, uczestnik powstania, uwięziony przez Austriaków zmarł w więzieniu stanisławowskim. Młodszy z chłopców słucha chciwie, jak starszy przedstawia mu swą myśl.
 — Słuchaj, Ignac. Napisałem wiersz. Taki mocny wiersz. Przeciw ugodowcom. Odbijemy go i rozdamy na cmentarzu. Nikt o tym nie będzie wiedział, tylko my dwaj.
 — Przeczytaj mi, Felek — prosi młodszy, czternastoletni chłopek.
     I Felek wyciągnął zwitek papieru i zaczął czytać. Wiersz był gwałtowny i namiętny, piętnował ugodę szlachty galicyjskiej z zaborcami. Młodzież nie dopuści, aby korona Chrobrych spoczęła na skroni niemieckiej dynastii.
     Ignasiowi wiersz bardzo się podobał. Akceptował projekt brata bez zastrzeżeń i ofiarował swą pomoc. Rola jego będzie nie mała. On weźmie na siebie stronę techniczną, odbije wiersz i zajmie się rozdawaniem na cmentarzu. Chłopcy czekali tylko niecierpliwie, aż matka wyjdzie z domu. Gdy tylko pani Daszyńska z małą, dziewięcioletnią Zosią wyszła na miasto, chłopcy wzięli się gorączkowo do roboty. Wyciągnęli z ukrycia blaszaną bryt wannę i roztopili w niej na kuchni masę hektograficzną. W czasie gdy masa stygła, przepisali błyszczącym atramentem hektograficznym kilkakrotnie tekst buntowniczego wiersza. Potem wzięli się do odbijania. Małe, białe karteczki papieru przykładali do masy i przeciągali po nich wałkiem od ciasta. Gdy potem kartki zrywali z masy, były one pokryte jasnoniebieskim tekstem wiersza. Coraz bardziej rósł stos odbitek. Było ich kilkaset. Chłopcy patrzyli z radością na swoje dzieło i nie mogli się nacieszyć. Nie mogli się również doczekać godziny manifestacji. W ciemny wieczór listopadowy nad grobem bojownika o wolność zebrały się setki młodzieży stanisławowskiej. I z setek młodych piersi wybuchła pieśń. A mały Ignacy Daszyński kręcił się między tłumem i rozdawał wyciągającym się dłoniom małe karteczki z niebieskim wierszem. Dzięki temu wierszowi powiał nad tym młodym, zapalnym tłumem duch rewolucji. I w pieśniach, które śpiewano do późnego wieczora, zabrzmiał jakiś nieznany dotąd na tych uroczystościach akcent. Była już noc, gdy bracia wrócili do domu. Matka pogderała, ale nie wiedziała jeszcze, co za niespodzianka ją czeka.
     Tymczasem przez dwa dni panował spokój. Dopiero na trzeci dzień wybuchła bomba. Do czwartej klasy miejscowego gimnazjum wszedł nauczyciel. Chłopcy stali wyprostowani w ławkach. Nauczyciel stanął za katedrą i dał znak, że należy usiąść. Spojrzał po klasie i poszukał kogoś wzrokiem. Gdy go znalazł, wywołał nazwisko.
 — Daszyński!
 Chłopak wstał. Nauczyciel mówił dalej:
 — Pójdziesz do pana dyrektora. A weź z sobą wszystkie swoje rzeczy, bo do klasy już nie wrócisz.
     W klasie zapanowała głucha cisza. Słychać było tylko, jak chłopak zbierał swoje zeszyty i przybory szkolne. Za chwilę szurnął nogami przed katedrą i opuścił klasę.
     Dyrektor przyjął go z miną poważną i surową. Mówił suchym urzędowym głosem:
 — Dziś rano twój brat ze szkoły realnej został aresztowany. Tobie również zostało wytoczone śledztwo sądowe. Oskarżają cię, że byłeś jego pomocnikiem. Nie wiem, co tam sąd o tobie orzeknie, ale w szkole trzymać cię nie mogę. Wracaj do domu i poproś matkę, aby tu przyszła.
     W domu przywitały go gorące łzy i wyrzuty.
Wyrządziliście mi straszną krzywdę. Co teraz z nami będzie? Nie będę śmiała nikomu spojrzeć w oczy. Taki wstyd! W więzieniu! Przed sądem! Jaka będzie nasza przyszłość?
     Chłopiec stał niewzruszony. Było mu żal matki, ale nie czuł się winny. Przeciwnie. Był dumny z siebie, a zwłaszcza z brata. W oczach jego widniała zaciętość i hardość, gdy oświadczył matce:
 — Felek postąpił dobrze i uczciwie, jak na Polaka przystało. I ja dobrze zrobiłem, że mu pomogłem.
     A gdy matka wśród łez mówić zaczęła o ich złamanej karierze życiowej, z małych ust padły słowa:
 — Do szkoły chodzę po to, aby się uczyć, a nie aby dostać kiedyś dobrą posadę. Gdy dorosnę wal¬czyć będę o Wolność.
     Sprawa braci Daszyńskich odbyła się przed sądem przysięgłych. Na ławie oskarżonych zasiedli dwaj chłopcy. Zwłaszcza młodszy, czternastoletni, budził sensację na przepełnionej sali. Prokurator odczuł śmieszność oskarżania dziecka o przestępstwo polityczne. Oświadczył zatem, że odstępuje od oskarżenia Ignacego Daszyńskiego. Natomiast ucznia szkoły realnej Feliksa Daszyńskiego oskarżył o obrazę majestatu cesarskiego.
     Sympatia była jednak po stronie chłopca. Zapadł wyrok uniewinniający. Zebrana publiczność przyjęła ten wyrok owacyjnie. Wszyscy, nie wyłączając sędziów, ściskali dłonie młodocianym oskarżonym.
     Wyszli na ulicę. Tam stały tłumy kolegów. Na widok bohaterów dnia wzniesiono gromkie okrzyki radości. Bracia Daszyńscy, ani się obejrzeli, jak znaleźli się na barkach rozentuzjazmowanej młodzieży. Odprowadzono ich tłumnie do domu. Rozrzewniona i wzruszona matka nie wiedziała, czy radować się, czy płakać. Cieszyła się ze szczęśliwego zakończenia sprawy, ale drżała o przyszłość.
Zobacz inne eseje A.Próchnika: [ 1 ] [ 2 ] [ 3 ] [ 4 ] [ 5 ] [ 6 ]  >>>
Twoja strona firmowa - szybko i za darmo!